Wyszukiwarka

 

Przed sadownikami staje duże wyzwanie, bo chcąc sprzedawać jabłka na odległych rynkach, muszą zmierzyć się z poprawą jakości produkowanych przez siebie owoców. Jednak sztandarowe hasła „poprawić jakość” w praktyce nie są proste w realizacji, ponieważ w wielu przypadkach łączą się z koniecznością całkowitej wymiany nasadzeń oraz znacznymi nakładami finansowymi na produkcję. Sytuacji nie poprawiają niskie ceny rynkowe. Po kilku latach problemów z opłacalną sprzedażą, producent po prostu nie ma pieniędzy na inwestycje. Pojawia się problem błędnego koła: nie ma ceny – bo nie ma jakości, a nie ma jakości – bo nie ma ceny. O dylematach przed którymi staje sadownik rozmawialiśmy z Prezesem Zrzeszenia Fruit-Group Sp. z o.o. do którego należą grupy producenckie Fruit-Sad, Top-Fruit i Sadex, a także członkiem Unii Owocowej – Januszem Kawęczyńskim.

 

Niskie ceny. Zła sytuacja. Problem ze sprzedażą. Dlaczego znaleźliśmy się w momencie, kiedy wielu sadowników zmuszonych jest szukać pracy poza gospodarstwem? Jak z niego wybrnąć?

Janusz Kawęczyński: Według mnie, problemem jest zbyt niski poziom, jeżeli chodzi o produkcję. Nie jest to jednak wina sadownika. Z całą mocą popieram głosy o konieczności organizacji szkoleń, spotkań, które podpowiedzą producentowi, jak podnieść jakość. Nie jest to bowiem sztuką krytykować, a przecież wszystkim nam zależy na poprawie tego aspektu. Jako członkowie Unii Owocowej próbujemy wspólnie z organizacjami branżowymi stworzyć projekt spotkań, szkoleń, chociażby w plenerze, które miałby na celu przede wszystkim edukację. Tego bardzo brakuje. Doszliśmy do takiego punktu, gdzie potrzeba jasnych, zdecydowanych działań.

 

Jeśli chodzi o produkt (jabłko) wszystko zależy od sadownika. To on jest ogniwem nadrzędnym i najważniejszym. Zauważam jednak, że sadownicy nie do końca zdają sobie z tego sprawę. Firmy handlowe robią wszystko, ażeby ten produkt wysłać w jak najlepszej klasie. Od nich zależy opakowanie, rozsortowanie, ogólnie rzecz biorąc, ostateczne przygotowanie towaru do sprzedaży. To jednak od producenta zależy, co dojedzie do odbiorcy, gdzieś daleko w Azji. Bo jeśli dawaliśmy sobie radę z odbiorcami na Wschodzie, gdzie towar jedzie maksymalnie 5 dni i my po upływie tego czasu otrzymywaliśmy konkretne informacje: „to jest złe, tego nie ładuj” itd., mogliśmy szybko wyeliminować to z dostaw. Tak, jeżeli chodzi o szeroko rozumianą Azję, tam dostawa trwa 6 tygodni. Tak naprawdę, jeżeli dostaniemy informację, że towar dotarł złej jakości, to musimy pamiętać że przez pięć tygodni po wysyłce towaru wyjeżdżały kolejne kontenery do tego samego odbiorcy. Nie da się zatrzymać przesyłek, które są już w drodze. To tutaj leży ogromna odpowiedzialność. Producent musi to jak najszybciej zrozumieć. Udało nam się otworzyć nowe rynki, ale teraz musimy wspólnie stawić czoła temu wyzwaniu.

 

Biorąc pod uwagę ceny w ostatnich sezonach, można domniemać, że sadownik nie może pozwolić sobie na inwestycje w poprawę jakości. Skąd brać więc motywację i pieniądze, skoro cena za jabłka nie zapewnia ani jednego, ani drugiego?

Janusz Kawęczyński: Tak, tutaj rzeczywiście pojawia się problem ceny. Wydaje mi się, że one już się rozwarstwiają i za jabłka o najlepszej jakości, które mogą być przeznaczone na ryki wschodnie, uzyskuje się lepsze ceny. Być może jeszcze za wcześnie na to, żeby była to różnica drastyczna. Ale nawet w tej chwili widać, że odmiany typu Royal Gala, Red Jonaprince, Red Chief odbiegają cenami od tych standardowych. To są właśnie te odmiany, które można wysłać na rynki azjatyckie. Proces podnoszenia się cen zaczął już się realizować.

 

Co ma zrobić sadownik, który nie posiada odmian popularnych handlowo? Karczować?

Janusz Kawęczyński: Muszę przyznać, że niestety tak, bo nie ma wyjścia. Ostatnie pieniądze, które sadownik zarobi na jabłkach, powinien wydać na tworzenie nowych sadów i nowej produkcji. Nie ma innego wyjścia. Polecałbym Galę i jej prążkowane sporty, Red Chief’a i Prince’a. To są odmiany, o które pyta cały świat. Byłbym natomiast ostrożny, jeśli chodzi o Goldena. Uważam, że poziom jego produkcji jest dosyć wysoki i nie powinniśmy już go więcej dosadzać.

 

Eksperci polecają Polakom odmiany klubowe. Czy jest na to szansa w Polsce?

Janusz Kawęczyński: Nie wiem czy potrafimy sobie z tym poradzić. Na zachodzie grupy powstawały w sposób ewolucyjny. U nas była rewolucja, trwało to bardzo szybko i zaskoczyło nie tylko producentów, ale i zarządców grup. Jeszcze nie do końca sobie z tym radzimy. Być może te podmioty są zbyt słabe, ażeby zakupić i promować odmiany klubowe.

 

Pojawiają się głosy, że możemy zaprzepaścić eksport, chociażby do Azji, jakością towaru. Ale czy jest to tylko wina sadownika?

Janusz Kawęczyński: Jeżeli chodzi o wysyłki na rynek chiński – moja osobista obawa jest związana z tym, że za ten „biznes” biorą się osoby, które handlowały wszystkim, tylko nie jabłkiem. Wiele z tych firm nie miały nigdy wcześniej takich doświadczeń i nie wiedzą, jakimi prawami rządzi się chociażby transport tych owoców. Z jednej strony jest firma, która zna rynek chiński i ma tam partnerów handlowych, zna również system obsługi i współpracy, a z drugiej jest podmiot, który nie zna rynku i nie wie, jak powinno się to robić. Przez ten drugi rodzaj Polska może zostać postrzegana jako dostawca złej jakości towaru. Odpowiedzialne firmy nie próbują wysyłać ogromnych ilości, robią to spokojnie i z głową.

 

Dużo się mówi o wysyłkach za granicę, a wciąż nie ma promocji jabłek w kraju. Gdyby zjadać dwa razy więcej jabłek, zagospodarowalibyśmy całą naszą produkcję. Dlaczego w Polskich marketach jabłka eksportowane z Włoch są doskonałej jakości, a nasze „byle jak” wysypane na ladę?

Janusz Kawęczyński: Niestety, sądzę, że wina leży zarówno po stronie dostawcy, jak i odbiorcy. Niektóre markety nie utrzymują dobrego poziomu jakościowego. Bo jeżeli na platformie to jabłko zostało przyjęte, to znaczy, że spełniło oczekiwania odbiorcy, który daje przyzwolenie, aby owoc niskiej jakości trafiał do marketu. Może to co powiem, będzie niepopularne, ale uważam, że markety na przyjęciach towaru na platformach powinny wprowadzić jeszcze jeden parametr, oczywiście na rozsądnym, nie przesadzonym poziomie. Tym parametrem powinna być jędrność dostarczanych jabłek. Wtedy zdecydowanie mniej byłoby jabłek poobijanych i ogólnie złej jakości wewnętrznej. Parametry zewnętrzne na platformach na ten moment są dobrze oceniane. Wiem, że to mało popularny pomysł i nie przysporzy mi w branży sympatyków, ale to w dłuższym okresie czasu bezwzględnie wpłynie na spożycie jabłek w naszym kraju. Konsument będzie pewny, że zawsze wróci po kolejny towar o wysokich parametrach handlowych.

 

 

 

Multimedia

17.08.01 FruitSmart

popup1