Wyszukiwarka

 

Kilkukrotnie przedstawialiśmy Państwu spojrzenie na problemy sadownictwa z punktu widzenia sektora naukowego oraz dystrybutorów owoców. Aby nie być jednak stronniczym i przedstawiać sprawę całościowo, poprosiliśmy również o rozmowę sadownika niezrzeszonego w grupie. Skąd biorą się problemy? Zapraszamy do przeczytania bardzo interesującej rozmowy, z której wynika, że bankructwo wielu gospodarstw jest nieuniknione, podobnie jak grup producenckich. Na życzenie rozmówcy nie podajemy jego nazwiska.

 

Wielokrotnie słyszymy ostatnio, że dołączanie sadowników do grup to jedyny sposób na wyjście z trudnej sytuacji. Jak Pan się do tego odniesie?

SADOWNIK: A niby dlaczego? Jabłka produkowane były, gdy grup nie było, są produkowane, gdy te grupy istnieją i będą produkowane, gdy grup już nie będzie. Ludzie jedli jabłka, jedzą i jeszcze pewnie długo będą jedli, więc sadownictwo przetrwa. Grupy to tylko forma organizacyjna pośrednictwa handlowego, a jak wiadomo, towar można kupić też bez pośrednika. Może rynek będzie mniejszy, może większy, może część sadowników (którzy nie potrafią sprzedawać) zbankrutuje, ale samo sadownictwo przetrwa. Dla sadownika nie ma znaczenia czy jabłka wyprodukowane w jego sadzie wylądują w Pekinie, Bombaju czy Pcimiu Dolnym, dla niego liczy się czy on na tym zarobi.

 

Pana spojrzenie wydaje się mało perspektywiczne. Klienci zagraniczni oczekują ciągłości dostaw. Czy pojedynczy sadownik jest w stanie to zapewnić? Czy takiego partnera handlowego szukają odbiorcy, chociażby ze wspomnianych Indii? Co zrobimy z rosnącą nadprodukcją?

SADOWNIK: A czy w Polsce jest nadprodukcja? A poza tym, co jest przyczyną skokowego wzrostu produkcji? Grupy. Kiedyś czynnikiem limitującym wielkość produkcji w gospodarstwach były zdolności sprzedażowe ich właścicieli. Po prostu więcej nie dawało się sprzedawać, więc nie produkowaliśmy. Powstanie grup dało możliwość sprzedaży ogromnych partii przez sadowników. Dało to impuls do zwiększania nasadzeń, więc produkcja zaczęła rosnąć w sposób geometryczny. Poza tym 2 mln jabłek deserowych to nie jest nadprodukcja. Taką ilość spokojnie można sprzedać bez większych problemów. Pod warunkiem, że produkujemy to, co świat chce kupować. A świat chce kupować i kupuje od końca XIX wieku (gdy zaczęły się badania rynku jabłek na świecie) Red Delicious, Golden Delicious, Granny Smith, Fuji oraz Galę. Tą ostatnią od końca lat 30-tych (w Europie od lat 70-tych). To wielka piątka światowego handlu jabłkami. My natomiast, po "zimie stulecia" nasadziliśmy Loba, Cortlanda, Idareda, potem trochę Jonagoldów albo Ligola czy Glostera. Świat tego nie zna i nie chce. 2 mln to jabłek z tej "wielkiej piątki" sprzedalibyśmy bez problemu.

 

Sądzi Pan, że przeciętny sadownik jest w stanie samodzielnie sprzedać jabłka? Wszędzie spotykam się z opiniami (przede wszystkim wśród obcokrajowców), że polski sadownik produkuje jabłka, ale nie chce wiedzieć, co dzieje się z nimi za granicą jego bramy. Tak jest wygodniej. Grupa jest ich jedyną szansą na sprzedaż.

SADOWNIK: Może i wygodniej, lecz jakim kosztem? Sedno działalności sadownika to sprzedaż, nie produkcja. Za wyprodukowanie nawet najładniejszych jabłek nikt nam nie płaci, dopiero podanie ich na rynek (czyli sprzedaż) generuje nam pieniądze. Outsorcing to fajna sprawa, ale nie można na zewnątrz oddawać najważniejszej kwestii swojego biznesu. Jeśli sadownik traci kontrolę nad procesem sprzedaży swojego towaru, to znaczy, że ktoś inny będzie się dorabiał na jego jabłkach, a jak przyjdzie kiepski rok (embargo), to po prostu widmo bankructwa stanie mu przed oczami. Tyle, że za nimi zaczną bankrutować grupy, bo sadownicy bez grup przetrwają, ale grupy bez nas – nie. Grupy dołują ceny, bo muszą sprzedawać, aby funkcjonować, są przecież pośrednikami, zarabiają na marży. Nie ważne czy jabłka są po 0,4 czy po 1,4 zł, grupa i tak musi swoją marżę zarobić. Inaczej nie podejmie się transakcji. Natomiast dla sadownika to ma znaczenie, bo 0,4 nie pokrywa kosztów produkcji, które on już poniósł. No i zaczną wypadać z rynku ci, którzy sprzedają najtaniej, czyli członkowie grup. Do tego dochodzi nierzetelność grup (przykłady ostatnich, spektakularnych upadków). Dla sprzedającego samodzielnie sadownika, kontrahent, który nie zapłacił za jedną dostawę jest skreślony. Natomiast kontrahent jakim jest grupa bierze i bierze, obiecując zapłatę na koniec sezonu, po czym z hukiem upada, a wraz z nią sadownik.

 

Mówi Pan bankructwie wielu gospodarstw. Nie lepiej, aby grupy jednak upłynniały ich produkcję, nawet jeśli ceny są niezadowalające?

SADOWNIK: Dla grup na pewno lepiej. Dla sadowników niekoniecznie. Dla branży również niekoniecznie. Niskie ceny determinowane m.in. przez grupy, które muszą podawać towar, aby w ogóle egzystować i tak powodują ubożenie gospodarstw, a poza tym dają impuls do zwiększania tonażu uzyskiwanego z hektara, bo to pozwala obniżać koszty jednostkowe. W efekcie mamy błędne koło, sadownicy reagują na niskie ceny wzrostem produkcji, to powoduje dalszy spadek cen. Jedynym wygranym są pośrednicy (de facto grupy), bo mają dostęp do olbrzymiej masy towaru i producentów przypartych do muru sytuacją ekonomiczną, którzy muszą sprzedawać bo banki, kredyty, opryski, pracownicy, etc. Ten mechanizm obserwowaliśmy w Belgii, Holandii, Niemczech.

 

We Włoszech jest inaczej. Kilka ogromnych konsorcjów zapewnia eksport na cały świat.

SADOWNIK: W latach 90-tych Włosi też chcieli wysyłać jabłka do Rosji i byłego ZSRR, to największy światowy importer tych owoców. Jednak szybko zorientowali się, że przegrają konkurencję z Polską, przez nasze niższe ceny. Zaczęli więc szukać innych rynków, tam gdzie cena ma mniejsze znaczenie a bardziej liczy się jakość. Zaczęli też kreować marki dla swoich jabłek, żeby konsument wybierał nazwę a nie cenę. To jest klucz ich sukcesu.

 

Sadzi Pan, że eliminacja grup, wyeliminowałaby wzrost produkcji?

SADOWNIK: Tak. W efekcie byliby ci, którzy mają małe zdolności sprzedażowe i uzyskują niskie ceny i ci sadownicy, którzy potrafią wysłać kontener jabłek do Egiptu czy Indii. Zresztą są bliższe rynki (Skandynawia, Niemcy), gdzie da się uzyskać dobre pieniądze za jabłka. Internet spowodował "zmniejszenie świata", możemy dotrzeć do klienta bez drogich podróży w odległe miejsca. Poza tym rozwój logistyki sprawia, że fizyczne wysłanie jabłek do Algierii niewiele się różni od wysłania jabłek do Niemiec. Wszystko za nas robią firmy spedycyjne, przecież większość grup właśnie z nich korzysta. Pakujemy jabłka na naszym podwórku, a klient je dostanie w swoim algierskim magazynie.

 

Złem są więc grupy czy niedostosowanie Polaków i zła jakość?

SADOWNIK: I jedno i drugie. Chociaż hamulcowym w postępie jakości są właśnie grupy, więc to one są większym złem. Hamulcem jest polityka zakupowa grup "+7 cm, +30% koloru", która powoduje, że ludziom nie opłaca się inwestować w jakość, bo nic z tego nie mają. Natomiast kupiony tak towar grupa sobie rozsortuje na ten super jakościowy i wyśle go z 50% przebitką do Egiptu oraz ten o niższej jakości i sprzeda go do marketów. Grupie taki układ pasuje. W prywatnym gospodarstwie to nie przejdzie, bo z tymi gorszymi jabłkami ciężko będzie coś zrobić. Trzeba więc produkować dla naszego arabskiego, norweskiego, niemieckiego klienta tylko super jabłka. Trzeba się przykładać, dołożyć więcej pracy, bo kilkanaście procent odsortu będzie, co najwyżej, na soczki się nadawało. Dlatego też jakość jest poza grupami. W produkcji na rzecz grupy maksyma "jest masa, jest kasa" ma rację bytu. W samodzielnym eksporcie to nie istnieje.

 

Zła jakość nie jest więc wynikiem zapomnienia się podczas kilkuletniego, łatwego eksportu do Rosji? Trudno jest się przebranżowić na inne odmiany w ciągu kilku lat.

SADOWNIK: Ten łatwy eksport był możliwy dzięki grupom. Gdyby ich nie było, przed problemem poprawy jakości (bo na innych rynkach musi być jakość) zderzylibyśmy się wcześniej, za czasów lepszych cen, bez embarga, z zapasami dotacji pierwszego PROW-u 2008-14. Może wówczas polscy sadownicy zainwestowaliby w drzewka lepszych odmian niż Ligol, Gloster czy Idared?

 

popup1