Wyszukiwarka

 

Niejeden sadownik słyszał niewątpliwie o obcokrajowcach, którzy pojawiają się ostatnio coraz częściej na podwórkach i proponują zakup jabłek w cenach wyższych, niż można uzyskać w jakimkolwiek innym miejscu w kraju. Dlaczego są w stanie zaproponować takie ceny i ilu sadowników zostało już naciągniętych? Zapraszamy na rozmowę ze Sławomirem Kędzierskim, prezesem grupy producenckiej Sun-Sad. 

 

Redakcja: Jak to możliwe, że obcokrajowcy zaglądający na nasze podwórka mogą zaproponować wyższe ceny?

Sławomir Kędzierski: Na rynku są dwa rodzaje handlarzy „z podwórka”. Jedni oferują dobrą cenę, ale oczekują także wysokiej jakości, w tym przypadku transakcja zazwyczaj przebiega pomyślnie. Natomiast druga grupa trudni się spekulacją. Tacy handlarze od początku kalkulują, jaką cenę mogą zaproponować. Oni biorą 10, 15 samochodów od różnych ludzi i zawsze znajdzie się ktoś, komu pieniądze nie zostaną wypłacone. Na początku jest płacone gotówką, owszem, ale to ich strategia. Te podmioty sprzedają towar poniżej kosztów opłacalności. Dlaczego mogą sobie na to pozwolić? Bo z kilku samochodów, które kupią od sadownika, za dwa nie zapłacą w ogóle. Zachęcają płacąc dobrze za 3 – 4 samochody, a przy piątym załadunku okazuje się, że pieniądze będą przy następnej transakcji, która nigdy nie następuje. Żaden sadownik nie przyzna się głośno, że słuch po handlarzu i pieniądzach zaginał.

 

Redakcja: Sadownicy nie chcą się przyznać? Dlaczego?

Sławomir Kędzierski: Jest u nas taka tendencja, że jeśli pojawi się ktoś, kto oferuje 5 groszy więcej od ceny rynkowej, wielu sadowników odwraca się od nas czy innych firm eksportowych. Często później żałując. Nie dajmy się nabrać… To 5 groszy wkalkulowane jest w interes handlarza. On wie, że jakieś transakcje nie będą rozliczone. Oszukanie przez handlarza to kwesta wstydliwa, bo daliśmy się omamić, dobrowolnie zapakowaliśmy towar obcemu człowiekowi. Apeluję, żebyśmy przemyśleli takie relacje, bo nie dość, że ryzykujemy dużymi pieniędzmi, to sami sobie szkodzimy, bo opinia o naszych jabłkach zagranicą psuje się.

 

Redakcja: Dlaczego tak się dzieje?

Sławomir Kędzierski: Handlarze trudnią się handlem szarpanym, który psuje nasze długotrwałe relacje z poważnymi klientami. Ci złoszczą się, że nagle pojawiają się jabłka, które bardzo tanio wchodzą na rynek, na którym regularnie sprzedawany był nasz towar. Klienci pytają, co się dzieje, dlaczego nie mieścimy się w cennikach. Handlarz, który kalkuluje sobie, ze zapłaci tylko za 3 z 5 czy 6 samochodów, które wyeksportował, a drugą połowę ukradnie, nie ma cennika i kalkulacji, z którą my moglibyśmy się w takim przypadku zmierzyć. Ten towar wchodzi na rynek bardzo tanio, przeważnie jest również tanio oclony. Powoduje zachwianie na rynku. Dobre relacje psują się, bo handlarze bardzo mocno zaniżają poziom jakościowy. W kartonach przygotowywanych w gospodarstwach jest kilogram – dwa przemysłu. Bez profesjonalnej maszyny oceniającej uszkodzenia i wybarwienie jabłek, nie da się doskonale wybrać partii. Polskie jabłko postrzegane jest przez to jako produkt do nisko uposażonych. Spójrzmy na to perspektywicznie – takimi transakcjami sami niszczymy swoją przyszłość.

Nie można tak sobie tłumaczyć, że oni dają 5 – 10 groszy więcej to lepiej im sprzedać. To widzenie krótkowzroczne. Bo wysyłając taki polski towar, psujemy sobie opinię zagranicą.

Potrzeba nam więcej lojalności!

 

Redakcja: Jak można byłoby zaradzić takiej sytuacji?

Sławomir Kędzierski: Rynek można uporządkować, ale odpowiednie służby muszą się do tego włączyć. Przykładowo, każda z naszych firm ma rejestrację w grójeckiej stacji fitosanitarnej, posiadamy swój numer, inspektorzy przeprowadzają kontrole. Natomiast firma „przyjezdna” dostaje taki numer od ręki ze względu na to, że nie posiada obiektu, który jest przydzielony do tego typu działań. Powinien istnieć obowiązek, że jeżeli firma jest eksporterem świeżych owoców i warzyw, musi mieć obiekt, który podlega regularnym kontrolom i certyfikacji, nadzorowi. Gdyby te elementy zostały spełnione, nie byłoby już tak prosto, aby tego typu podmioty rodziły się z dnia na dzień. Czasami odbierane jest to przez sadowników jako blokowanie konkurencji, która daje sadownikowi zarobić, ale to jest bardzo pozorne i nie nabierajmy się na to. Oni nie mają żadnych kosztów, pakują towar bardzo różnej jakości i psują opinię naszym produktom na zewnątrz.

W pewnym momencie klienci „podziękują nam” za towar, bo doklei się nam na stałe łatkę producenta złej jakości. Druga kwestia to temat bezpieczeństwa. W przypadku tych podmiotów są to zupełnie przypadkowe transakcje, nikt, nic nie wie. Gdyby coś się wydarzyło, to nikt nie jest w stanie cofnąć się do producenta i powiedzieć, że z jakiego sadu pochodziła dana partia.

 

Redakcja: Handel bez obiektu, certyfikatu, spełniania norm nie wyjdzie nikomu na dobre?

Sławomir Kędzierski: Można powiedzieć, że każda grupa od tego zaczynała, kupowaliśmy, sprzedawaliśmy, ale widzieliśmy w tym jakąś perspektywę. Wiedzieliśmy, że na dłuższą metę trzeba będzie sprostać wymaganiom rynku oraz klientów, sprzedawać towar, który jest odpowiednio przygotowany. Dużo łatwiej byłoby nam dziś nie mieć obiektów, nie mieć kosztów i codziennych trudności, żadnych certyfikatów. Ale na dłuższą metę, w regularnym handlu nie ma to sensu. Bo nie można całe życie spekulować. Jesteśmy torpedowani przez takich spekulantów, którzy pojawiają się nagle, z boku i psują regularny handel. A o taki musimy właśnie walczyć. Musimy pokazać się, jak producenci profesjonalni, podający najwyższą jakość!

 

Redakcja: Jednak także wśród grup zdarzają się przypadki niewypłacalności. Czym się więc kierować?

Sławomir Kędzierski: Oczywiście, wśród grup są podmioty takie i takie. Ale jak będziemy kierować się opiniami, to wszyscy na tym skorzystają, bo wszystkim nam zależy, żeby polskie jabłka dobrze się sprzedawały. 

 

Ostatnie ogłoszenia

popup1