Od kilku tygodni na konta sadowników spływają pieniądze za straty poniesione w wyniku przymrozków. Nie wszyscy są jednak usatysfakcjonowani kwotami. Jeszcze inni twierdzą, że pieniądze w ogóle się nie należą. Jak wygląda sprawa?

Chociaż wiosennych przymrozków nie spodziewał się żaden sadownik, byli tacy, którzy na wszelki wypadek chcieli się przed nimi zabezpieczyć. Niestety, tego roku ubezpieczenie z dopłatą od państwa nie mogło się udać, bo ubezpieczalnie odmawiały producentom zawierania takich umów. I chociaż można dyskutować, ilu sadowników rzeczywiście dokonałoby ubezpieczenia (0,35 % ubezpieczyło się w 2016) to pokrzywdzeni czują się wszyscy. Bowiem w przypadku braku polisy, stawka pomocy przymrozkowej od państwa pomniejszana jest o połowę, co przy skali strat jest sumą niezbyt wielką. Dyskusje nad sprawą nie milkną, bo są i tacy, którzy twierdzą, że producentom nie powinna należeć się żadna pomoc.

Sadownicy, którzy chcieli ubezpieczyć swoje uprawy przed 15 kwietnia, czują się poszkodowani, ponieważ wówczas ubezpieczalnie odmawiały im wykupienia polisy. A zgodnie z nową ustawą, producenci już od 1 stycznia 2017 roku mogli zawierać umowy poprzez pięć zakładów,  które podpisały z Ministerstwem Rolnictwa porozumienie na dopłaty do składek.  Mimo to, ubezpieczyciele tłumacząc się brakiem odpowiednich aktów prawnych, odmawiali sadownikom.

Gdyby przymrozki nie wystąpiły, prawdopodobnie fakt ten przeszedłby bez echa. Jednakże, 17 kwietnia temperatura spadła poniżej zera, co poczyniło znaczące starty w sadach. Producenci owoców zaczęli głośno dochodzić swoich praw. Okazało się, że zakłady ubezpieczeniowe nie powinny odmawiać zawierania umów.

Tłumaczono się w zasadzie jedynie faktem, że zazwyczaj tylko znikoma liczba producentów ubezpiecza się od przymrozków.  W 2016 roku umowy ubezpieczenia drzew i krzewów owocowych od ryzyka przymrozków wiosennych wykupiło 0,35 % producentów owoców, co stanowiło ok 1,6 % wszystkich umów ubezpieczenia upraw rolnych od ryzyka przymrozków wiosennych zawartych w 2016 r.

Niemniej, państwo zobowiązało się do zapomóg dla poszkodowanych, a komisje szacujące straty pracowały wiele miesięcy.

Pomoc została jednak udzielona tylko tym producentom, których szkody wynosiły co najmniej 70%  na powierzchni danej uprawy. Stawki pomocy wynosiły: 2000 zł na hektar w przypadku drzew owocowych oraz 1000 zł na hektar krzewów owocowych i truskawek.

Jednakże, kwoty te były pomniejszane o połowę, jeżeli uprawy nie były ubezpieczone w co najmniej 50 procentach. Zatem, niektórzy producenci zostali pokrzywdzeni w dwójnasób, bo najpierw odmówiono im zawarcia ubezpieczenia, a później z powodu jego braku pomniejszono jeszcze o połowę kwotę zapomogi od państwa. Sytuację ratowało naturalnie posiadanie polisy z roku 2016. Wówczas Agencja miała obowiązek wypłacić całą sumę, o ile oczywiście ubezpieczone było ponad 50% upraw. Jak widać, wymagań do spełniania było wiele.

Tak czy inaczej, większość sadowników uważa, że zaproponowane kwoty w żaden sposób nie rekompensują start, jakie zostały poniesione w wyniku przymrozków i dywagacje na temat ich wysokości są zbędne. Pomoc należałoby raczej uznać za symboliczną zapomogę.

W konflikcie głos zabiera również część producentów, która stanowczo twierdzi, że wszelkie pomoce finansowe za szkody spowodowane przez przymrozki nie powinny mieć miejsca. – Ryzyko związane z niekorzystnymi zjawiskami w przyrodzie wpisane jest w zawód rolnika, który owszem, może ubezpieczyć swoje uprawy, ale rząd nie powinien wypłacać żadnych odszkodowań za poniesione starty – twierdzą. Kwestią sporną są nie tylko przymrozki, ale przede wszystkim gradobicia i wymarznięcia sadów. Posadzenie drzewek w pasie gradowym bez sieci przeciwgradowych czy umiejscowienie go w zastoisku mrozowym wydaje się nieco lekkomyślne. Dlaczego więc producenci liczą, że państwo wypłaci im „odszkodowanie” za starty poniesione przez nierozważne umiejscowienie sadu?

Patrząc od tej strony, można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że producent, który celowo nie zawiera umowy ubezpieczeniowej licząc na szczęście, w razie wystąpienia klęski nie powinien  oczekiwać pomocy finansowej z zewnątrz. Sam przecież podjął ryzyko.

Głosów w dyskusji jest wiele i trudno jednoznacznie rozsądzić, kto ma rację... A może wystarczy poczekać do nowego sezonu, aby przekonać się, kto po tegorocznych „przejściach” zawrze polisę ubezpieczeniową?

 

Partnerami portalu są: synthos agroactivtimac agro