Znikające kilogramy

Ostatnio dość dużo zdarza mi się wizytować gospodarstwa, więc siłą rzeczy słyszę różne historie od ludzi z różnych stron sadowniczego zagłębia centralnej Polski. Jakoś zawsze staram się cedzić te informacje, oddzielać te prawdopodobne od mniej realnych oraz pamiętać, że w spornych sytuacjach słuchanie tylko jednej strony, może nie nakreślać całego obrazu omawianej historii. Jednak dość często powtarzają się, pełne żalu i rozgoryczenia, opowieści o znikających kilogramach ze skrzyń.

Ludzie dużo opowiadają, że po rozliczeniu sortowania wychodzi im poniżej 300 kilogramów w skrzyni, co oznacza dla nich, że na pewno ktoś to ukradł. Abstrahując teraz od kwestii prawdziwości tych historii, to moje pierwsze pytanie zawsze brzmi: a zważyliście swoje jabłka przed wysyłką? No jeśli nie, no to nie mamy o czym mówić. Natomiast jeśli faktycznie ktoś już zważył swoje owoce, to czy jest na to jakiś papier? Czy nabywca bądź jego przedstawiciel był przy ważeniu? Ponownie dochodzimy do tych dokumentów towarzyszących transakcji, które to tak bardzo są ignorowane przez sadowników. Podczas załadunku warto jest zważyć swoje owoce, niech kierowca w tym uczestniczy, niech widzi przeskakujące cyfry i podpisze nam później dokument wydania zewnętrznego. W razie problemów z późniejszym rozliczeniem mamy w ręku dowód, że nasze wątpliwości są słuszne a nie tylko swoje własne odczucia i przeświadczenie, że w skrzyni powinno być więcej niż 300 kilogramów owoców. Programy magazynowo-księgowe kosztują od 100 złotych, bloczek samokopiujących "wuzetek" kilka-kilkanaście złotych. To są naprawdę znikome koszty w porównaniu z późniejszymi nerwami i ewentualnymi stratami spowodowanymi wyparowaniem kilogramów ze skrzyń. Gdziekolwiek byśmy nie pojechali coś kupić, cokolwiek byśmy nie zamawiali, to zawsze dostajemy papier potwierdzający wydanie nam towaru. Bardzo często określa on nawet cenę a już na pewno określa on ilość wydanego nam towaru. To jest standard działania każdej firmy, w całej gospodarce. Dlaczego więc polscy sadownicy tak bardzo bronią się przed profesjonalizacją obrotu towarem w swoich gospodarstwach? Tym bardziej, że opowieści o problemach z wagą towaru w skrzyniach słyszę dość często i w zasadzie nikt nie ma żadnego dokumentu na podparcie swoich pretensji. Czy my naprawdę musimy być sektorem specjalnej troski? Ciągłymi bohaterami telewizyjnych programów interwencyjnych? Też mam zastrzeżenia do jakości pracy polskich sądów, ale mimo wszystko, zamiast przedstawiać swoje żale przed sąsiadami czy znajomymi, wolę z nimi iść do sądu, bo tam jest choć cień szansy na odzyskanie swoich pieniędzy, tylko w sądzie chcą dowodów a nie przeświadczenia, że skrzynia zawiera więcej niż 300 kilogramów jabłek.

Powiązane artykuły

Marki i ekologia nas nie uratują

Zastosowanie etefonu a mrozoodporność drzew

Choroby przechowalnicze puszczone z dymem [Video]

Sadownicy polują

X