Sadownictwo na Białorusi dopiero rozwija się. Nie wszystkie artykuły dostępne są na miejscu, po niektóre trzeba przyjechać np. do Polski oraz opłacić cło i transport. Wytworzyły się już nici współpracy z dystrybutorami środków ochrony roślin, firmami oferującymi  paliki do rusztowań i inne akcesoria niezbędne w nowoczesnej produkcji sadowniczej.

Jak duże mają Panowie gospodarstwa?
Michaił Seredicz (MS) z Pińska: Mam 30-hektarowy sad i 8 ha szkółki. Produkuję  150 tys. drzewek. Niestety nie mam przechowalni, dlatego wszystkie owoce sprzedaję jesienią. Sam osobiście zajmuję się produkcją, ale współpracuję z doradcami z Polski, jestem wstałym kontakcie ze szkółkarzami.
Walery Radziuk (WR) z miejscowości Lachowiczi: Mam 100 ha ziemi, w tym 34 ha sadu, a także plantację porzeczki czarnej i  kombajn do jej zbioru z Polski.

Jak rozwija się sadownictwo na Białorusi?
MS: U nas wciąż jeszcze sadownictwo jest w powijakach, niewiele osób interesuje się produkcją owoców, a państwo nie wspiera jej specjalnie. Początki są trudne.
WR:  Najgorsze już za nami, ale wciąż wiele środków produkcji trzeba kupić za granicą, ale z każdym miesiącem jest lepiej. Nawet dzisiaj (tj. podczas spotkania FruitAkademia Show, 12 czerwca 2010 roku) dowiedzieliśmy się, rozmawiając z jednym z przedstawicieli, że już nie będziemy musieli po ich produkty przyjeżdżać do Polski, bo powstała filia na Białorusi. Wszystkie sprzęty jednak kupujemy w Polsce, kosiarki opryskiwacze, urządzenia do wyrywania drzewek, dmuchawy do matecznika itp. Środki ochrony sprowadzamy też z Włoch.  Są u nas ci sami dystrybutorzy, co w Polsce, np. BASF, Syngenta i inne, ale nie wszyscy.

A jak zapowiada się produkcja w tym roku?
MS: Drzewka źle przezimowały, powypadały. Największy problem jest z ‘Szampionem’. ‘Golden Deliciousem’, ‘Jonagoldami’,  bo nie są wytrzymałe. W moim sadzie na 3 ha wcale nie było śniegu i przy 25˚C podkładka przemarzła.
Wiosną było niby wszystko dobrze, drzewka ruszały, zazieleniły się, ale teraz widać, że są uszkodzone przez mróz. Szansy, że zregenerują nie widzę. Prawie cały przekrój pnia jest ciemny. Uszkodzone są też czereśnie i grusze, a ‘Konferencja’ wypadła całkowicie. W naszym klimacie trzeba dobierać odmiany i gatunki odporne na mróz. Ale na sierpień zamawiamy zrazy i będziemy okulizować…
WR: Dokąd był śnieg drzewka są zdrowe, a powyżej jego linii - przemarznięte. Musieliśmy ściąć je, ale odbijają. Już kilka lat temu było tak, że drzewka popękały od słońca i od mrozu…

Czy owoce z sadów są sprzedawane na białoruskim rynku, czy eksportowane?
WR:  Sprzedajemy na Białorusi, tamtejszy rynek  jest chłonny - ja zgodnie z kontraktem podpisanym wcześniej. Prościej i pewniej jest zagwarantować sobie w umowie sprzedaż.  Wielu Białorusinów gra na wolnym rynku: kupują owoce w Polsce i sprzedają w Rosji, ale różnie z tym bywa. Ryzyko jest zawsze większe.
MS: A ja sprzedałem owoce prosto z sadu do Petersburga, dlatego że nie mam możliwości przechowania. Kupiec był dobry, płacił od razu, więc nie zastanawiałem się długo.

A ile kosztują jabłka w sklepach i na straganach?
MS: U nas ceny są wysokie – po przeliczeniu 1,5 zł/kg prosto z sadu i wcale nie podczas wyjątkowego roku.
WR: Po przechowaniu ceny są jeszcze wyższe – dochodzą do 3 zł. Przechowuję jabłka do marca. Co ważne są to ceny hurtowe, a nie detaliczne.

Z jakich państw pochodzą jabłka na białoruskim rynku detalicznym?
WR: Właściwie pochodzą od wszystkich liczących się producentów. Jabłka z Holandii, Niemiec i innych krajów dawnej „15”, doskonałe jakościowo kosztują 7-10 zł/kg w ekskluzywnych sklepach. W zwykłych punktach 3-6,5 zł/kg płaci się za jabłka z Nowej Zelandii, Chile, Ameryki lub Chin.

A polskie jabłka, czy są powszechnie dostępne?
MS: Od razu rozpoznaję polskie jabłka po odmianie, ale i po opakowaniu. Trochę jednak różnią się od holenderskich czy chilijskich. Cena też jest niższa, ale dlatego że kupcy starają się kupić w Polsce tańsze jabłka, a one – nie oszukujmy się – są często gorszej jakości. Coraz częściej mam kłopot z rozpoznaniem polskich jabłek odmian ‘Golden Delicious’, ‘Gala’ od pochodzących zza Odry…   
WR: Efekt jest taki, że holenderskie owoce leżą na półkach sklepowych, a polskie cały czas się sprzedają…  Ceny polskich i białoruskich jabłek są zbliżone.

Co jest ważne na tym etapie rozwoju sadownictwa?
WR: Wiedza, bo ona pozwala dobrze produkować. Cały czas jeździmy na wystawy, konferencje, ważniejsze spotkania terenowe, kupujemy polskie książki i prenumerujemy czasopisma. Czytamy i  obserwujemy, co się dzieje. Mamy też kontakt z placówkami naukowymi i bardzo mile wspominamy spotkania z prof. Andrzejem Sadowskim.

A gdyby Polak chciał założyć sad na Białorusi, czy jest taka możliwość?
MS: Tak, jest, ale wyłącznie w spółce z białoruskim partnerem. Musimy się dogadać, zaufać sobie i nie ma przeszkód.  Ziemia jest w wieczystej dzierżawie na 100 lat z prawem przekazania następcom, ale nie można jej sprzedać. Jeśli nie mam zamiaru pracować na ziemi,  oddaję ją państwu.

Dziękuję za rozmowę.

Najnowsze komentarze

Ostatnie ogłoszenia