Jak to robią w Nowej Zelandii?

Nasze sadownictwo jest w trudnej sytuacji, jest to fakt, z którym niewielu polemizuje. Jednak, gdy zaczniemy się zagłębiać w przyczyny problemu oraz ewentualne drogi wyjścia z sytuacji, to żadnej zgody nie możemy znaleźć.

W różnych krajach świata produkcja sadownicza się rozwijała, osiągała szczyty, potem miała momenty załamania. Jest to normalne dla wielu branż. W niektórych państwach już nigdy się nie podniosła na poziom przedkryzysowy (Węgry) a w niektórych wyszła wręcz wzmocniona z kryzysu (Nowa Zelandia). Ten ostatni przykład chciałbym dziś Państwu zaprezentować, bo jest on bliski naszej sytuacji a także miał miejsce nie tak dawno, więc w zbliżonych warunkach rozwoju gospodarczego świata.

Rolnictwo w Nowej Zelandii zostało zapędzone w kryzys poprzez państwowy system dotacyjny, który stymulował produkcję nierynkową, był ogromnym obciążeniem dla budżetu państwa i utrwalaczem biedy na obszarach wiejskich. Coś jak u nas dotacje UE. Rząd Nowej Zelandii zdecydował się na bardzo wolnorynkowe podejście w kwestii organizacji handlu przez producentów a środki zaoszczędzone na dotacjach skierował na badania naukowe z dziedziny rolnictwa (m.in.: kreację nowych odmian jabłek). W efekcie sadownicy zostali zmuszeni do samodzielnego poszukiwania rynku zbytu dla swojej produkcji. Rząd ograniczył się tylko do politycznego otwierania rynków i misji gospodarczych. Gospodarstwa sadownicze w Nowej Zelandii są różne: od kilku do kilkudziesięciu hektarów, nie są to aż tak wielkie podmioty jak te w USA. Tamtejsi sadownicy musieli znaleźć samodzielnie nowe rynki zbytu, bo ich produkcja przewyższała znacznie lokalne zapotrzebowanie (podobnie jak u nas). Dziś Nowa Zelandia należy do państw z najwyższą jakością produkcji a eksport odpowiada za większość dochodów tamtejszych sadowników. Poza tym eksportują tam, gdzie my chcielibyśmy eksportować, czyli do Azji i UE-15. Podobieństwa sytuacji wyjściowej oraz cele eksportowe powodują, że powinien to być atrakcyjny sposób wyjścia z kryzysu dla nas.

W Nowej Zelandii sadownicy zrozumieli, że muszą wziąć handel w swoje ręce. Liberalny rynkowo rząd nie mamił ich cenami minimalnymi ani dopłatami ratunkowymi. Nie wierzyli też, że wielki firmy handlowe odpowiednio zadbają o ich interesy, bo producentów interesuje marża między ceną wyprodukowania i sprzedaży a firmy handlowe żyją z marży między ceną zakupu i sprzedaży. Tu nie ma trwałej tożsamości interesów a jednak inwestycje w trwałe nasadzenia, jakimi są sady jabłoniowe, wymagają myślenia na lata do przodu a nie o zysku w danej chwili. Małym podmiotom ciężko jednak było eksportować samodzielnie, na szybko rosnące wówczas rynki azjatyckie czy bardzo odległe rynki europejskie. Zaczęły się więc one łączyć w większe grupy. Jednak absolutnie myli się ten, kto sądzi, że wyglądało to tak jak u nas. U nas bezmyślnie skopiowaliśmy model holenderski. Tam grupy powstawały oddolnie. Były spontaniczną reakcją na potrzeby sprzedaży a nie na potrzeby wyposażenia gospodarstw w wózki czy plastikowe skrzynie. Poniżej link do strony internetowej jednej z takich grup: https://mterinapples.co.nz/

Obejrzyjcie Państwo dokładnie tę stronę. W całej grupie jest 7 sadów. Sady są różne, największy ma 40 hektarów, pozostałe 24 lub 13 ha. Prezesem grupy (działającej w formie spółki z o.o.) jest jeden z sadowników. Cała grupa powstała wokół najsilniejszego gospodarstwa a nie wokół skupu, jak to miało miejsce u nas. Do rozmiarów grupy później wrócimy. Dlaczego tak ważną różnicą jest organizowanie się wokół największego producenta a nie wokół skupu? Ponieważ udziałowcami ich grup są sadownicy, proporcjonalnie do ilości produkowanych owoców i spółka sprzedaje owoce swoich producentów, chociaż nikt jej nie zabrania kupować na wolnym rynku, lecz skoro kierownicze stanowiska zajmują sadownicy-udziałowcy, to jasnym jest, że priorytetem jest sprzedaż własnych owoców a nie kupowanych ich na zewnątrz. Ponieważ to sami sadownicy władają spółką, to nie są zainteresowani w gromadzeniu kapitału w grupie, tylko w szybkim transferowaniu go do swoich gospodarstw. Także spółka oczywiście dąży do jak najwyższych cen sprzedaży owoców, ale absolutnie nie dąży do jak najniższych cen zakupu. Spółka jest tylko sposobem na formalizację wspólnego handlu (czyli jedno konto do zapłaty dla klienta, jedno logo na kartonie, etc.) i jej celem nie jest osiąganie jak najwyższych zysków. Pieniądze z wysokich cen sprzedaży na lukratywne rynki UE czy Tajwanu mają szybko płynąć do sadowników a nie być zagospodarowywane w grupie. Grupa to tylko element czysto administracyjny. Nikt tam nie jest zainteresowany w rozbudowie wielkich struktur administracyjno-biurowych, nikt nie zatrudnia rzeszy asystentek, dyrektorów, kupców, jakościowców, etc. Funkcje zarządcze wykonują sami udziałowcy a kadra zatrudniona w spółce jest maksymalnie ograniczona, tak by nie generować kosztów.

Poniżej link do listy osób kierowniczych w ich grupie: https://www.dnb.com/business-directory/company-profiles.mt_erin_limited.2e7b70b4d1fe7a004a4296f90a5c90d1.html#contact-anchor

Jak widać są to te same osoby, które są udziałowcami grupy. Ich nie interesuje pobieranie wysokiej pensji w ramach spółki, ich interesuje pobieranie zysków z jak największej ceny sprzedaży swoich owoców do tej spółki. To zasadnicza różnica między ich a naszymi grupami. Ponieważ to sami sadownicy sprzedają swoje jabłka, to są oni bardzo blisko rynku światowego. Dzięki czemu rozumieją obecne trendy, wiedzą jakich jabłek poszukuje rynek, trzymają rękę na pulsie zamówień. Tam sadownik jest naprawdę częścią globalnego rynku handlu owocami. Właśnie dlatego ich sadownictwo szybko wyszło z kryzysu i jest dziś potęgą. Oni byli blisko handlu, więc wiedzieli co sadzić i jak produkować. Byli faktycznymi uczestnikami światowego handlu jabłkami, więc zarabiali pieniądze na światowym poziomie i szybko, ale przede wszystkim właściwie, je inwestowali w swoje sady. Zerknijcie w zakładkę "Our orchards", gdzie widzimy listę odmian produkowanych przez poszczególnych producentów. Tam są głównie twarde odmiany, słodkie i super słodkie (wiadomo – Azja) oraz czerwone (oprócz Granny Smith), w tym wiele nowych kreacji, niedostępnych poza Nową Zelandią (efekt intensyfikacji badań naukowych nad nowymi odmianami). Top odmian w obrocie światowym.

W całej grupie jest 7 gospodarstw. Dlaczego tak mało? A niby dlaczego ma być więcej? Tylko przy tak małej liczbie udziałowców da się wdrożyć jeden model produkcji, aby osiągnąć jednolitość jakościową partii sprzedaży. Małą grupę ludzi da się przekonać do wspólnej wizji i wspólnego wysiłku, w dużej grupie zawsze pojawią się podziały i różnice. Jest to naturalne i za nic nie należy dążyć do ich ujednolicenia. Też rozmawiam z wieloma producentami i naprawdę z niewieloma znajduję zrozumienie. Jest u nas grono zwolenników produkcji Gali i ogólnie zdobywania Azji i grono uważające, że należy się trzymać marketów w Europie. Nie da się w jednym organizmie handlowym tego pogodzić. Red Jonaprince produkowany na Biedronkę ma mieć inne parametry niż ten produkowany na eksport do Wietnamu. Nie można zmuszać producentów zorientowanych na market do wykonywania 20 zabiegów wapniowych latem, ale należy oczekiwać tego od tej grupy, która chce swoje owoce wysyłać w świat.

Jednak najważniejszą cechą grup w Nowej Zelandii jest samoorganizacja się producentów a nie przyłączanie się do działających firm handlowych. Ponieważ właścicielami i zarządcami tamtejszych grup są sami producenci, to w swoim dobrze rozumianym interesie zyski z handlu owocami szybko transferują do swoich gospodarstw. Pozwala to bardzo na szybkie gromadzenie kapitału w gospodarstwach i inwestycje w produkcję. Spółka-grupa jest tylko czysto technicznym podmiotem, nastawionym na błyskawiczne przekazywanie zarobków do właścicieli. Pieniędzy i majątku nie gromadzi się w grupie, one mają być w gospodarstwach i służyć ich właścicielom.

Jest to całkowicie odmienna wizja od tego, co mamy w UE oraz co my implementowaliśmy w naszym kraju. U nas grupy to olbrzymie firmy, z wielomilionowym majątkiem, gargantulicznymi kosztami obsługi tego majątku (liczba pracowników, koszty administracyjne, podatki od nieruchomości, etc.), które to pokrywane są z zysków z handlu tejże grupy, a więc obniżają zyski producentów.

W dobie koncentracji podaży nowozelandzcy sadownicy potrafią się łączyć w wielkie konsorcja, niektóre z nich mają prawo do sprzedaży nawet 25% całej produkcji jabłek w Nowej Zelandii! Jednak dalej są to czysto techniczne podmioty, które nie mają olbrzymiej kadry do opłacenia ani majątku, który wymagałby kosztownej obsługi. Pieniądze ze sprzedaży mają jak najszybciej i w jak największym stopniu trafić do producenta-udziałowca. Dlaczego? Ponieważ udziałowcami i zarządzającymi tych spółek są sami sadownicy a nie osoby, czerpiące zyski z handlu. Tam wszyscy żyją z produkcji a nie z handlu towarem, którego sami nie wyprodukowali.

Pewnie artykuł spotka się falą krytyki. Domyślam się, że uderzą we mnie wszyscy ci sadownicy, którzy są przerażeni tym, że mieliby brać udział w światowym handlu jabłkami i współuczestniczyć w wysyłkach owoców do Azji. Wielu jest takich, którzy uważają, że sadownik to jest od pryskania i cięcia drzewek a od handlu to są firmy handlowe. Niestety, takie właśnie postrzeganie sadownictwa zaprowadziło nas tu, gdzie właśnie jesteśmy. Czy dobrze nam jest w tym punkcie? Druga fala krytyki spadnie na mnie ze strony obrońców obecnego ładu, którzy dobrze się czują w obecnym modelu, niekoniecznie żyją z produkcji (organizacja grup wokół skupów!) albo mają w nich nieproporcjonalnie silną pozycję jako udziałowcy. Nikogo nie mam zamiaru przekonywać do modelu nowozelandzkiego, niech każdy oceni to według swojego rozumu. Chciałbym tylko Państwu przekazać, że nasz obecny model rynku nie jest jedynym istniejącym na świecie i można łańcuch dostaw ułożyć inaczej.

P.S. Tylko błagam, nie podawajcie już argumentu, że tam mają inny klimat.

Powiązane artykuły

Szkodliwe mity

W kleszczach polityki handlowej UE

Nie tędy droga