Przeciąganie terminów płatności za jabłka to temat, który dręczy niejednego sadownika. Szczególnie w tak trudnym sezonie jak obecny.

Niskie ceny jabłek powodują, że sadownicy zaczynają coraz skrupulatniej zerkać w domowy budżet i sprawdzać czy wszystko się dopina. Mało kto nie ma kredytów, cięcie w pełni i każda dniówka to wydatek 100-160 zł, płyną rachunki za prąd, ubezpieczenia pojazdów, podatki, a każdy przygotowuje się do zakupów oprysków i nawozów na nowy sezon, niektórzy muszą też realizować inwestycje, bo podpisali umowy dotacyjne. Wydatków jest dużo.

Przepływ gotówki jest potrzebny jak w każdej firmie. Wiadomo, że w tej branży transakcje gotówkowe są rzadkością, więc często argumentem kto kupi dane jabłka nie jest cena (bo wszyscy mają podobną), lecz termin płatności, jaki może zaoferować. Producenci starają się dokonywać transakcji w taki sposób, aby terminy płatności za sprzedaż zazębiały się z terminami spłat zobowiązań.

Niestety, nie raz nie dwa, mamy do czynienia z przeciąganiem terminu zapłaty. Dobrze znane były firmy, gdzie nominalny termin płatności wynosił 180, a realny 360 dni. Większość sortowni oferuje pomiędzy 60, a 90 dni. Niestety, bardzo często nawet tak odległe terminy nie są dotrzymywane.

W latach, kiedy ceny jabłek są wysokie, przeciąganie terminów nie jest aż tak dokuczliwe. Jednak, kiedy cena ledwie pokrywa (bądź nie), koszty produkcji, to każde opóźnienie w przelewach staje się nie lada problemem. Sadownik jest na początku łańcucha dostaw, a pieniądze idą od końca, od konsumenta płacącego za jabłka w sklepie, każdy kolejny pośrednik odejmuje swoją marże i przesyła pieniądze dalej, oczywiście maksymalnie wykorzystując swój czas kredytu kupieckiego. Im więcej ogniw w łańcuchu, tym dłużej pieniądze muszą wędrować do producenta. Każdy też stara się w pełni wykorzystać termin płatności.

Produkcja sadownicza ma dość długi czas zwrotu. Nawet licząc tylko wydatki bieżące, koszty ponoszone są od początku roku kalendarzowego na cięcie, nawożenie i pryskanie, cięcie letnie, zbiór, przechowywanie (dochodzimy już do grudnia), aż wreszcie następuje sprzedaż i oczekiwanie na zapłatę oraz zwrot środków. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to zwrot kosztów bieżących następuje po roku, jeśli jednak sprzedamy jabłka dopiero w marcu i poczekamy 3 miesiące na pieniądze to okazuje się, że wracają dopiero po 18 miesiącach, licząc od początku ponoszenia nakładów.

Na Zachodzie (w USA czy Europie Zachodniej) sprzedaż owoców następuje często jeszcze przed zbiorem, normą jest kontraktacja jabłek jeszcze na drzewie. Wielu sadowników ma tylko małe chłodnie spedycyjne, gdzie towar jest przetrzymywany przed wysyłką do nabywcy. Oczywiście sprzedaż towaru "na pniu" wiąże się z choćby częściowym zaliczkowaniem, czyli zwrotem nawet pewnej części nakładów. Płynność finansowa jest przez to lepsza, a co za tym idzie sadownicy są bardziej elastyczni w reagowaniu na potrzeby rynku...

 

Najnowsze komentarze

Ostatnie ogłoszenia