Kryzys branży sadowniczej sprawia, że niejednokrotnie słyszy się porady dotyczące konieczności przebranżowienia, znalezienia niszowej produkcji. Czy jest to jednak możliwe do zrealizowania?

Gdy w debacie dominuje narracja o nadprodukcji, pojawia się coraz więcej głosów o potrzebie odejścia nadmiaru producentów z branży, o konieczności przebranżowienia. Na wolnym rynku bywa, że część producentów zmuszona jest poszukać innego zajęcia z powodu braku opłacalności. I chociaż jest to okrutne, trzeba przyznać, że to naturalna kolej rzeczy.

Sadownictwo jest branżą z bardzo wysoką barierą wejścia. To ekonomiczne pojęcie to nic innego jak ogólna lista kosztów niezbędnych, aby móc rozpocząć daną działalność. W sadownictwie są to wydatki na ziemię, drzewka, budynki, maszyny i urządzenia – olbrzymie kwoty, najczęściej finansowane z długoterminowych kredytów.

Aby zmienić branżę, należy ponieść kolejne koszty wejścia do nowej, jednak dalej trzeba spłacać długi za środki zakupione na rozwój pierwszego sadowniczego biznesu. Niektóre maszyny i urządzenia można wykorzystać ponownie, o ile nowa branża będzie pokrewna, lecz najdroższe są maszyny specjalistyczne, które trzeba będzie kupić.

Poza tym niewiele jest nisz rynkowych, w które dziś można wejść bez obaw o przyszłość. Dziś nawet plantatorzy borówki mówią już o zbyt dużej podaży, a eksperci przewidują w przyszłości problemy podobne do tych, które występują dziś na rynku sadowniczym. Rynki owoców są nasycone i trudnym jest w opłacalny sposób zwiększyć podaż. Poza tym, na horyzoncie czają się inne niebezpieczeństwa, jak deficyt siły roboczej, który skutecznie odstrasza od podejmowania się uprawy niektórych gatunków. Również stosunek zakładów przetwórczych do rolników nie zachęca do wiązania przyszłości z produkcją surowców do przetwórstwa.

Poza tym, na jakiekolwiek przebranżowienie trzeba mieć środki lub możliwości ich pozyskania. Przy obecnej sytuacji finansowej gospodarstw i obciążeniach kredytowych raczej nie ma możliwości wyłożenia gotówki z domowego budżetu czy pozyskania jej z zewnątrz.

W przypadku większości sadowników, nawet jeśli pojawiają się myśli o zmianie profilu produkcji to rozbijają się one o finanse. Alternatywą jest porzucenie rolnictwa na rzecz całkowicie innej branży –  bardzo często jedynym rozwiązaniem będzie „pójście do pracy”. Wówczas nie trzeba mieć kapitału na start, pieniądze spływają co miesiąc, a życie staje się prostsze i mniej stresujące niż przy własnej działalności. Dziś nie ma problemu ze znalezieniem pracy, są też szerokie możliwości wyjazdu do pracy za granicę. Jednak…

Jednak dla osób wychowanych na gospodarstwach, dla których wartością samą w sobie jest praca na ziemi, na swoim, podjęcie pracy to problem mentalny. Do tego dochodzi aspekt "ojcowizny", czyli moralnego obowiązku kontynuowania i dbania o to, co rozpoczęli rodzice lub dziadkowie. Poza tym, sadownicy są przyzwyczajeni do pewnych przeciwności losu. Przymrozki czy grad, chociaż zdarza się, że wykluczają możliwość zarobku w danym sezonie, niejednokrotnie  są dobrą nauką, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach. Chociaż kryzys na rynku pogłębia się z roku na rok, większość sadowników w głębi ducha wierzy, że przy odrobinie większych nakładach pracy uda się przetrwać załamanie.

Abstrahując od kwestii rzeczywistej nadprodukcji oraz innych czynników drastycznie wpływających na wielkość produkcji jabłek i jej perspektyw (brak wymiany pokoleniowej, odpływ młodych ludzi do miast), to idea przebranżowienia jest trudna do realizacji zarówno ze względów finansowych, jak i mentalnych. Najlepsi sadownicy będą szukali pomysłów na poprawę rentowności, bo już zbyt wiele zainwestowali, natomiast ci, którzy i tak są dwuzawodowcami nie mają powodów, by porzucać dorywczą produkcję jabłek na rzecz dorywczej produkcji innych gatunków.

 

Najnowsze komentarze

Ostatnie ogłoszenia