Za wagę w skrzyni

Na świecie to standard, u nas rzadkość. Brak kontaktu polskich sadowników ze światem zewnętrznym spowodował, że nasz model handlu jest daleko odmienny od tego, jaki ukształtował się na zachodzie Europy. W krajach takich jak Belgia, Holandia czy Niemcy standardem jest, że nabywca musi zapłacić uśrednioną cenę za wszystkie owoce jakie znajdują się skrzyni. U nas przyjęło się, że nabywca kupuje jabłka na sortowanie, oferując różne ceny za różne rozmiary czy klasy jakościowe owoców.

Najdziwniejsze jest to, że polskie sortownie, które rękoma i nogami bronią się przed implementacją zachodniego modelu na nasz grunt, śmiało importują masy jabłek i gruszek z Beneluksu, właśnie płacąc uśrednioną cenę za kilogram. Jednak i polscy sadownicy, oczekując zakupu po uśrednionej cenie, popełniają ogromne błędy, oferując jabłka o skrajnych parametrach jakościowych w jednej partii. Ostatnio miałem okazję, uczestniczyć w takiej transakcji jabłek odmiany Ligol, z drugiego rwania, kiedy sadownik oferował je po 0,9 zł/kg jako uśrednioną cenę a w skrzyniach znajdowały się owoce od 55 do 120 mm i nawet całej partii nie można było obejrzeć. Sprzedający oczekiwał konkretnej decyzji tu i teraz od nabywcy, której nie otrzymał. Nabywca odstąpił od transakcji, nie mogąc należycie ocenić towaru. Nie dość, że go dokładnie nie widział to clue polegało na całkowitym braku jednorodności oferowaj partii. Owoce miały cały przedział rozmiarów jakie wystąpiły na drzewach.

Aby handlować "za wagę w skrzyni", partia musi być naprawdę jednolita pod każdym względem. Trzeba jabłka zrywać od konkretnego rozmiaru. W zasadzie każdy pracownik musi mieć miarkę przy fruboxie. Oczywiście zaraz podniosą się głosy, że "nikt nie będzie mierzył owoców podczas zbiorów". Niestety drogi sadowniku, jeśli nie przerzedziłeś jabłek i na drzewie masz rozmiary od 50 do 120 mm, to musisz je zrywać z miarką. Dzięki temu jesteśmy w stanie stwierdzić, że oferowana przez nas partia nie posiada owoców mniejszych niż "xx" milimetrów.  Miarki przy fruboxach widać już w wielu polskich sadach, szczególnie tam, gdzie producenci znaleźli nabywców na jabłka "za wagę w skrzyni". To samo się tyczy innych cech jakościowych, jak wybarwienie czy uszkodzenia pomrozowe. Jeśli zerwałeś jabłka z lizakami, to nie dziw się, że ciężko je sprzedać za wagę w skrzyni. Jeśli jeden owoc ma 20% koloru a drugi 80%, to też się nie dziw. Jednolitość parti, pod wszelkimi jej aspektami, jest kluczem do handlu po uśrednionej cenie.

Bieżący i poprzedni sezon były sprzyjające dla sadowników. Przewagę miał popyt nad podażą, więc to sadownicy wybierają komu sprzedadzą swój produkt. Był to ten moment, kiedy to my – producenci – mogliśmy, na lata, ustawić rynek pod siebie. Mogliśmy wymóc na sortowniach kupowanie na naszych zasadach, za uśrednioną cenę. Raz na zawsze byśmy wyeliminowali zjawisko znikających kilogramów w skrzyniach oraz oszustwa na wynikach rozsortowania rozmiarów. Dwa sezony, które podarowała nam natura. Dwa lata na to, żeby model handlu ustawić pod siebie. Dwa lata na to, żeby ten model utrwalić i korzystać potem z niego na lata. Jak zwykle wszystko zmarnowane. W skrzyniach mamy szrot ("jak jabłko będzie po 4 zł to i to słabsze się dobrze sprzeda") a o jednolitości partii owoców nie ma nawet mowy. Zmarnowaliśmy dwa lata, podarowane przez naturę. Przyjdzie rok urodzaju i podaż przeważy nad popytem. Ponownie będzie przeklinanie sortowni, że kilogramów brakuje, że złe wyniki wyszły. Problemy zostaną a my będziemy z nostalgią wspominali lata przymrozkowe. Choć mogliśmy to sami zmienić.

Powiązane artykuły