Wróżbiarstwo

Jest taka jedna dziedzina życia gospodarczego, o której liczbach nic pewnego powiedzieć się nie da, lecz każdy zainteresowany podaje swoje dane, którymi próbuje jeszcze manipulować – sadownictwo.

Ponieważ mam dość liberlne poglądy gospodarcze, to uważam gromadzenie wszelkich danych o produkcji i sprzedaży za zbędne a nawet szkodliwe. Odnoszę wrażenie, że danymi o wielkościach zbiorów to raz chcą manipulować firmy handlowe a raz sadownicy. Jedni obstawiają, że jabłka się wręcz będą wysypywały z komór, drudzy, że nawet zgniłki trzeba będzie zbierać, bo tak bardzo będzie brakowało owoców. Naprawdę nie widzę sensu w określaniu, ile to jabłek zostało lub zostanie zebranych z sadów. Niech popyt i podaż same odnajdą swój punkt równowagi. Komu ma służyć podawanie ilości zebranych owoców? Jednak nie o tym w tym artykule.

Abstrahując od sensowności zbierania i podawania danych o wielkości produkcji, chciałbym abyście Państwo przyjrzeli się ich wiarygodności. Nasza branża jest dość mała, to raptem kilka tysięcy gospodarstw. W zasadzie to dobra firma zbierająca dane mogłaby wszystkich obdzwonić w dwa dni i przedstawić wiarygodną informację. Jednak rzucane w przestrzeń medialną miliony ton zbiorów czy potem zapasów nie powstają na podstawie tak dokładnych badań. Są to szacunki na podstawie bardzo ograniczonych, wycinkowych informacji. Poza tym sam fakt zbierania tych danych i przekazywania ich dalej przez firmy handlowe budzi niepewność, co do ich rzetelności. Przecież te podmioty mają własny interes w tym, aby nakręcać emocje strachu przed nadprodukcją. Rynkiem rządzą emocje, bo rynek to ludzie a ci są emocjonalni. Obawa o to, że potencjalni nabywcy chcą nakręcić pożądane przez siebie odczucia u sprzedających, jest za to jak najbardziej racjonalna, bo oni mają w tym interes. Nie twierdzę, że ktoś tymi danymi manipuluje, dowodów nie mam. Jednak dla czystości przekazu dobrze by było, aby dane zbierał jakiś niezależny podmiot (choć sam dalej twierdzę, że i tak to byłoby niepotrzebne). Kiedyś przyglądałem się analizom stanów magazynowych polskich jabłek. Porównywałem kolejne badane okresy i okazywało się, że jednak odmiana była jeszcze na jesieni, potem jej nie było a następnie wiosną ponownie się pojawiała. Z mojej wiedzy wynika, że jabłoń musi mieć okres spoczynku i nie jest w stanie rodzić dwa razy w roku. Toteż jeśli danej odmiany nie było już w środku zimy, to nie może się pojawić w chłodniach na wiosnę. Jeśli się pojawia, to oznacza, że całe te dane są po prostu niewiarygodne.

Podawane stany zapasów to czyste wróżbiarstwo. Nie prowadzone są dla nich rzetelne wywiady z właścicielami chłodni. Poza tym to co my przechowujemy, to nijak się ma do tego co przechowuje reszta krajów produkujących owoce. U nas w chłodniach jest masa jabłek o niskiej jakości. Nie czas i miejsce, aby rozwijać ten temat, lecz stwierdzenie, że "w polskich chłodniach mamy xxx jabłek Idareda" nie pozwala wysnuć wniosku o takimże potencjale sprzedażowym tej odmiany. U nas trzeba to podzielić przez 2 albo chociaż odjąć 30%. Wyniki sortowań dają naprawdę przykry obraz tego, co my przechowujemy (nota bene polski sadownik to musi być naprawdę bogaty, aby mieć kasę na przechowywanie przemysłu). Nie mówię tu o tych sortowniach, które mają przykry zwyczaj oszukiwania na sortowaniu (tym się należy publiczna chłosta), lecz o pladze przechowywania owoców porażonych przez parcha, zielonych czy po gradzie. Oczywiście, każdy może sobie przechowywać co chce, wszak to jego jabłko, jego skrzynie i on płaci za prąd. Jednak niewątpliwie taka postawa utrudnia prawidłową ocenę potencjału zapasów.

Prezentowane dane o zbiorach czy zapasach ani nie powstają na drodze rzetelnych badań, ani nie są publikowane przez niezależne podmioty, ani nie dają prawidłowego obrazu rynku. Po co więc one są? Nie wiem.

Powiązane artykuły

Sprzedaż zagraniczna jabłek przebiega w wolnym tempie

A miało być tak pięknie...