Epidemia parcha niewiele zmienia w naszym położeniu

We wczorajszym artykule bardzo krytycznie oceniłem stan fitosanitarny naszych sadów. Oprócz ogólnego biadolenia nad stanem naszej branży, to niektórzy zarzucali mi "pajacowanie" (cokolwiek miałoby to znaczyć) i przekonywali, że jabłek deserowych w tym sezonie nie zabraknie. Trochę mnie to bawiło, bo w swoim artykule ani jednym zdaniem nawet nie zasugerowałem, że tak mogłoby się stać. Mało tego, od wiosny mówię, że produkcja będzie duża i należy jak najszybciej myśleć, co ze swoimi jabłkami zrobić jesienią, a nie czekać aż nas zastanie czerwiec 2023, a u nas pełna chłodnia i olbrzymie rachunku za prąd. Dlaczego tak sądzę? Ponieważ prawdopodobnie ponownie wyprodukujemy 4 mln ton jabłek, tak jak to było w minionym właśnie sezonie, a otoczenie rynkowe się przecież drastycznie nie zmieniło. Nie udało nam się znaleźć jakiegoś nowego odbiorcy na nasze owoce, w kraju spożycie też gwałtownie nie rośnie, więc jeśli będziemy mieli taką samą wielkość produkcji jak w roku ubiegłym i podobne możliwości zbytu tych owoców, to dlaczego ma się coś zmienić? Ponieważ będzie więcej przemysłu niż deseru?

Tak, będzie zdecydowanie więcej przemysły niż deseru, to na bank. Aczkolwiek pamiętajmy, że my i tak wozimy deser na przetwórnie! Po prostu może będzie mniej wysypanych jabłek z komór w czerwcu 2023, bo więcej sypniemy jesienią. Przecież już kilka ostatnich sezonów pokazuje nam, że to, iż klasyfikujemy dane owoce jako deserowe i przechowujemy je w KA nie oznacza, że zostaną jako deserowe sprzedane, bo po prostu nie mamy na nie rynku, nie ma popytu na te owoce jako deserowe. Przy 4 mln ton produkcji rocznie to 60%, a więc 2,4 mln stanowią owoce przemysłowe, czyli 1,6 mln ton to owoce deserowe. Nasz rynek wewnętrzny potrzebuje 700 tys. ton a eksport drugie tyle, czyli i tak mamy nadwyżkę a należy pamiętać, że Egipt już zamroził import (czyli już będzie 120 tys. ton mniej) i nie wiadomo kiedy go przywróci, do tego w tym roku przekonaliśmy się jak niepewnym rynkiem jest Białoruś (kolejne 100 tys. ton). Jeśli cebula i ziemniaki u Łukaszenki obrodzą, to ponownie może on uznać, iż jabłek im nie trzeba lub ewentualnie może się wymienić za kaszę i sól. Niestety, udział owoców klasy światowej i odmian poszukiwanych na rynkach międzynarodowych jest u nas ciągle zbyt mały aby myśleć o szybkim zdywersyfikowaniu naszego eksportu i pozyskaniu nowych rynków. O ile Galę Royal można sprzedać wszędzie o tyle Ligola już nie. Dlatego od wiosny apelowałem, żeby szukać sobie klientów na swoją produkcję, bo śmiem twierdzić, że efektywna cena Ligola na sortowniach będzie niewiele się różniła od ceny przemysłu i naprawdę nie warto się starać uzyskać 50% koloru na tej odmianie, tylko lepiej podzwonić po obieralniach i sprzedać wszystko z drzewa jak leci. To, że nasze sady są tak mocno dotknięte przez choroby, to jeszcze nie oznacza, że zabraknie nam deseru. Po prostu produkujemy ogromną ilość jabłek a ich słaba jakość na drzewie, zmieni tylko to, że wysypiemy ja na przemysł już jesienią a nie będziemy się łudzić i trzymać je do czerwca.

Kolejny raz apeluję abyśmy zaczęli myśleć o tym co i dla kogo chcemy produkować. Jeśli ktoś drugi rok z rzędu trzyma owoce do wiosny, a potem sprzedaje je za grosze i jeszcze ma problem ze znalezieniem na nie klienta, to po czym wnioskuje, że w tym sezonie będzie lepiej? Czy zamiast produkować deser i inwestować w to masę kasy i potem sypać to w czerwcu na przemysł, nie lepiej jest tanio produkować drugą klasę, zadbać aby tego owocówka nie pogryzła i korek nie wszedł, i sprzedać to szybko na jakąś obierkę? Jednak żeby podjąć taką męską decyzję to trzeba najpierw zorientować się czy ktokolwiek będzie chciał nasze jabłka na obierkę kupić. Nawet jeśli ktoś nam nie da umowy czy gwarancji ceny, to chyba mniejszym ryzykiem jest produkować po taniości na obieranie Ligola niż tegoż Ligola na deser? Nie chcę mówić, że obierka ma być zbawieniem polskich sadów, ale chodzi o to aby wreszcie sadownicy zaczęli myśleć co i dla kogo chcą produkować. Tak, większy udział przemysłu w ogólnej masie produkowanych jabłek, to krok w dobrą stronę dla polskiego sadownictwa deserowego, ale to tylko krok. Aby przywrócić wysoką opłacalność produkcji jabłek deserowych musimy dostosować wielkość produkcji deserowej do naszych możliwości zagospodarowania i nie mówię tu ogólnie o produkcji, tylko o każdym z nas z osobna. Niech każdy dostosuje swoją produkcję do tego, co jest w stanie opłacalnie sprzedawać. Każdy indywidulanie. Masz klienta na deser i nieźle płaci? Rób deser. Jeśli natomiast co roku sypiesz deser na przemysł, to zacznij robić przemysł.

Powiązane artykuły

Pogoda nie ułatwia decyzji sadownikom

Słaby początek sezonu we Włoszech

Nie ma sensu strajkować

Sadownicy polują

X