Po co przechowuje się jabłka?

W poprzednim artykule analizowałem nasze stany magazynowe i wyciągałem wnioski na temat sensowności, powszechnej w naszym kraju, strategii długiego przechowywania. Pokazywałem na liczbach, że sens corocznego pakowania wszystkiego co tylko się da do chłodni jest naprawdę niewielki. Tylko u nas jest to standard. Nikt nie zastanawia się nad sensownością ekonomiczną takiego działania, tylko w powszechnej świadomości, dalej tkwi przeświadczenie, że jabłka wiosną z KA to na  pewno muszą być droższe. Rzeczywiście, dekadę temu zwyżka ceny owoców była zauważalna. Po 1 stycznia spadały cła na rynku rosyjskim, zaczynał się popytowy bum. Jednak to było bardzo dawno temu. Utrata tego rynku sprawiła, że ten impuls przestał mieć znaczenie. Do tego w ciągu ostatnich kilkunastu lat, pojemność chłodni w naszym kraju sporo wzrosła. Jesteśmy więc w stanie przechować jeszcze większe ilości owoców do wiosny, lecz wiosną nie pojawia się ten rosyjski impuls popytowy. W latach niedoboru chłodni KA, długie przechowywanie spekulacyjne miało głęboki sens. W sytuacji kiedy już większość owoców z naszych zbiorów możemy zamknąć w kontrolach, a do tego nie ma skoków podażowych wiosną, to rola przechowywania się znacząco zmieniła.

Kilka lat temu prof. Tomala powiedział, że rolą chłodni nie jest zwiększyć wartość przechowywanych w niej owoców ale zatrzymać jej spadek. W latach prosperity, związanej z eksportem miliona ton jabłek do Rosji, przechowywanie miało charakter iście spekulacyjny. Każdy liczył, że jabłka wiosną zdrożeją na tyle, iż swobodnie pokryje im to koszty przechowywania (prąd, ubytki, itp.) a także pozwoli zarobić. No i to regularnie miało miejsce. Raz zarabiało się więcej, raz mniej ale generalnie spekulacyjne przechowywanie się opłacało. Do tego stopnia, że budowa komory KA potrafiła się zwrócić w 2-3 lata, więc każdy ją budował. W efekcie dziś nie ma najmniejszego problemu z dostępnością jabłek do lata. W zasadzie, to gdybyśmy się uparli, praktycznie całe swoje zbiory możemy przechować do czerwca. Taka powszechność chłodni KA oraz zniknięcie tak dużego impulsu popytowego z Rosji diametralnie zmieniło rolę przechowalnictwa w Polsce. Spekulacyjne przechowywanie owoców (czyli liczenie na dodatnią zmianę ceny netto wiosną) stało się dużo bardziej ryzykowne. Tak jak powiedział Profesor, zmieniła się rola przechowalnictwa. Przy normalnych poziomach zbiorów, nie możemy liczyć na to, że wiosna przyniesie nam podwyżki cen jabłek, które pozwolą pokryć koszty przechowywania i jeszcze dadzą zarobić. Teraz rolą chłodni jest zatrzymać spadek wartości zebranych przez nas owoców. Wiara w to, że chłodnia ma być źródłem zarobku jest po prostu oderwana od naszej rzeczywistości, więc naprawdę nie rozumiem pytania: co opłaca się przechowywać? Przechowywanie opłaca się wtedy, kiedy uzyskana wiosną cena równa jest cenie jesiennej + koszty przechowywania. Ponieważ gdyby każdy chciał sprzedać wszystko jesienią, to rynek by się załamał całkowicie. Chłodnia ma dać bufor czasowy na upłynnienie jabłek nim stracą jakość handlową a nie zwiększać ich wartość.  Niestety, u nas dalej panuje mentalność spekulacyjna. Dalej słyszę głosy, że komorę to należy otwierać w styczniu, lutym, maju czy czerwcu (tutaj niech każdy wstawi co uważa). Nie, nie należy. Należy otwierać ją wówczas, kiedy pojawia się oferta cenowo nie niższa niż te jesienne. Oczywiście, można spekulować, to nie jest nic złego. Natomiast wydaje się to błędną strategią, jeśli wszyscy robią to prawie całością swoich zbiorów. Do tego proszę zwrócić uwagę, że pojawiły się w naszym handlu nowe kierunki eksportowe – azjatyckie. Rynki te płacą stosunkowo dobrze, pozwalają więc sadownikowi zarobić, jednakże okienko na nasze jabłka przypada tam między październikiem a lutym. W lutym na południowej półkuli (Nowa Zelandia, RPA) rozpoczynają się zbiory i na te rynki zaczynają trafiać świeżo zerwane owoce, z bliżej położonych plantacji niż polskie. Czyli niewielki (eksport na rynki azjatyckie to raptem kilkadziesiąt tysięcy ton) ale finansowo atrakcyjny (bo płacą całkiem dobrze) impuls popytowy pojawia się u nas nie wiosną ale jesienią. Czas transportu do portów nad Zatoką Bengalską może wynosić do 2 miesięcy, czyli aby zmieścić się w tym wąskim okienku, przed pojawieniem się konkurencji z Nowej Zelandii, trzeba te owoce zacząć pakować praktycznie prosto po zbiorach. Czyli inwestujemy w gazowanie, pokrywamy owoce 1-MCP a potem otwieramy komorę już w listopadzie. Przeciętnemu sadownikowi to się dalej w głowie nie mieści, bo ciągle gdzieś tli mu się w głowie myśl, że "jeśli teraz dają 1 zł, to w lutym na pewno dadzą 1,5 zł/kg". Dalej jest to przekonanie, że przechowywanie powinno zwiększać wartość netto owoców. Jednak absolutnie tak nie jest. Rolą chłodni jest tylko dać nam czas na znalezienie klienta, jest zatrzymanie spadku jakości naszej produkcji oraz ograniczenie spadku jej wartości. Natomiast w dobie powszechnego przechowalnictwa, gdzie praktycznie w każdym gospodarstwie są chłodnie KA (w tym jej mutacje: ULO czy DKA) i każdy może – i chętnie z tego korzysta – przechować sobie owoce nawet do czerwca, to gdzie jest tutaj pole do jakiejś znaczącej zwyżki cen? Dlatego tak głupie są pytania o wskazanie grupy odmian, których przechowalnictwo by się opłacało, w "przedembargowym" znaczeniu tego słowa. Czasy się zmieniły, zmienił się też rynek jabłek, zmieniło się też przechowalnictwo.

Powiązane artykuły

Sadownicy polują

X