Ameryka wprowadza dziś pierwsze cła na chińskie towary warte 34 miliardy dolarów w skali roku. 25-procentowy podatek celny obejmie setki produktów. Pekin nie pozostaje dłużny – chce wprowadzić nowy podatek od amerykańskich towarów takich, jak czereśnie, soja, samochody, wieprzowina i whisky.

Trump po zapowiedzianym odwecie zadeklarował dołożenie kolejnych ceł na następne towary o łącznej wartości przekraczającej 500 miliardów dolarów. Strona chińska obiecała, że nie zaatakuje jako pierwsza, ale aby bronić kluczowych interesów kraju i narodu zmuszona jest do kontrataku.

Lista towarów objętych przez Amerykanów cłami skupia się na przemyśle stalowym. Chiny natomiast nałożyły cła na amerykańskie produkty rolne. Pekin próbuje złagodzić skutki sytuacji szukając innych dostawców, od których będą mogli importować produkty rolne. Dlatego, według Zhao Xiaoyu, importera owoców z Pekinu, który wypowiada się dla portalu dailysabah, chińscy konsumenci będą musieli zadowolić się krajowymi czereśniami, podczas gdy kraj będzie próbował importować z innych krajów, w tym z Turcji.

Sytuacja wzbudza panikę wśród amerykańskich producentów owoców. 1,5 miliona kartonów z czereśniami czeka na transport do Chin. Czereśniarze martwią się, że owoce utkną w porcie lub zgniją w magazynach z powodu potyczek handlowych. Odprawy w portach mogą być przedłużane w nieskończoność. 

Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że zakup czereśni uzgodniony jest w kontraktach. Prawdopodobnie dojdzie więc do transakcji, które nie będą korzystne finansowo dla chińskich importerów, ale nie da się tego uniknąć. W przyszłym roku zwrócą się z kontraktami na dostawy prosto do Turcji i Uzbekistanu. Turcja zamierza stać się główny udziałowcem w rynku chińskim. Niedawno kraj ten otrzymał zezwolenie na eksport czereśni do Chin, po prawie ośmiu latach starań.

 

Kilka tygodni temu informowaliśmy już o ruchach na linii USA-Chiny:

Artykuł z 2 maja 2018: Chińskie służby celne nakazały zatrzymanie wszystkich kontenerów z amerykańskimi owocami. Przez 7 dni będą one badane pod kątem przekroczonych norm pozostałości środków ochrony roślin. W razie wykrycia wyższych niż dopuszczalnych poziomów NDP, kwarantannowych grzybów czy szkodników, owoce zostaną zniszczone lub odesłane. Jeden z kontenerów z waszyngtońskimi jabłkami nie przeszedł pozytywnie kontroli  i w ostatnią sobotę został wysłany z powrotem do Stanów Zjednoczonych.

Zazwyczaj badanych było 30 % przesyłek z jabłkami. Teraz sprawdzane mają być już wszystkie partie. Chińskie służby celne zaostrzyły także kontrolę wizualną wszystkich amerykańskich owoców, jeśli tylko znajdą się takie z widocznymi uszkodzeniami skórki (szkodniki i gnicie) zostają zatrzymane do testów laboratoryjnych. Takie testy trwają od dwóch dni do dwóch tygodni. Ze względu na ograniczone możliwości chłodzenia, owoce mogą łatwo gnić. Zarówno przesyłki morskie jak i lotnicze narażone są na ogromne starty (źródło: agf).  

Wojna handlowa między USA a Chinami rozwija się od dłuższego czasu. Amerykanie czując, że tracą na wolnej wymianie handlowej, starają się budować bariery celne na import tanich produktów chińskiej gospodarki, tym samym chcąc ją osłabić.  Jednakże zaraz po decyzji Prezydenta Trumpa o ich wprowadzeniu, amerykańscy farmerzy podnosili argument, że USA nie tylko importuje z Chin, ale też jest to dla nich wielki rynek zbytu na produkty rolne, między innymi soję lub jabłka. To właśnie w rolniczych stanach republikański prezydent miał największe poparcie w wyborach. Chińskie reakcje na amerykańskie cła na stal i aluminium od razu zakładały możliwość ugodzenia w wyborców Trumpa i ich produkty eksportowane do Azji. Chiny podniosły więc cła przywozowe na wieprzowinę, jabłka i inne produkty rolne.

 

Pozostaje pytanie: Czy Polska może na tym skorzystać?