Podczas spotkania z ministrem Ardanowskim w Błędowie głos zabrał również Mirosław Maliszewski, przewodniczący Związku Sadowników RP. –  Są pewne momenty, kiedy sadownictwu trzeba pomóc, dlatego z nadzieją patrzymy na program skupu jabłek. Jednak w obecnej formie jest on nie do przyjęcia – podkreślił. Jak zauważył również prezes Związku, sadowników nie należy pouczać, bo robią to, co do nich należy – produkują jabłka. Według niego, sadownicy nie są winni sytuacji, ponieważ całkowicie naturalnie rozwijali produkcję według potrzeb rynku rosyjskiego. – To pod rynek rosyjski powstawały nowe sady, to pod ten rynek rozwijaliśmy produkcję – mówił. 

Przewodniczący Związku zauważył, że już wielu przedstawicieli rządu przyjeżdżało w tereny sadownicze i pouczało sadowników, co należy robić, że produkcja jest zbyt duża i nie umieją jej sprzedać. – Pan Minister niestety poszedł tą samą drogą – powiedział.  – Na początku mówi Pan, że sadownicy to elita polskiego rolnictwa. Skoro więc Pan przyjechał do nas, to niech Pan więcej słucha, a mniej bajdurzy.  Nie jest winą sadowników, że wyprodukowali w tym roku 4,5 mln, od tego są. Co mieli robić? My jesteśmy od produkowania jabłek – dodał.

Według przewodniczącego Związku, sadownicy nie są winni sytuacji, ponieważ robili to co do nich należało – rozwijali produkcję według potrzeb rynku rosyjskiego.  – Cóż złego było, że sprzedawaliśmy 1,2 mln ton jabłek na rynek rosyjski? To nasza wina, że sprzedawaliśmy tam tyle jabłek?

To pod rynek rosyjski powstawały nowe sady, to pod ten rynek rozwijaliśmy produkcję. Dlaczego mieliśmy tego nie robić? Z tego rynku wygoniliśmy Holendrów, Francuzów, Niemców i Belgów, a w ostatnim czasie także Chińczyków. Gdyby nie embargo z 2014 roku dziś z tego terenu (grójeckie) do Rosji wyjeżdżałyby tiry jabłek po dobrych cenach – tłumaczył Pan Maliszewski.

– Całe moje dorosłe życie to służba sadownictwu i sadownikom. Mam trochę wiedzy na ten temat. Więc niech Pan Minister nie mówi, że Singapur, Malezja i Tajlandia oraz Chiny połkną milion ton jabłek. Nie ma nawet w Polsce tyle kontenerów, żeby tyle jabłek wywieść – zauważył. W czasie handlu z Rosją, z Grójca wyjeżdżało dziennie 200 tirów jabłek.

– Handel z Rosją był czymś naturalnym i skoro jabłka docierały do rosyjskich konsumentów w kilka godzin, to mieliśmy szukać rynku zbytu w Chinach? – dodał.

Jak również podkreślił, sadownicy kibicują programowi wycofania jabłek z rynku i czekają, kiedy ruszy. – Bo w tej chwili jest to jedyna nadzieja dla nas, żebyśmy mieli czym zapłacić pracownikom.

Ja mogę mówić o sobie, nie wiem jak mają inni. Ja za chwilę będę musiał zapłacić moim pracownikom 40-50 tys. zł za pracę, a nie mam złotówki w kieszeni. Myślę, że większość sadowników jest w takiej samej sytuacji. Nie mamy pieniędzy – powiedział.

Dlatego z taką nadzieją patrzymy na ten program, dlatego na początku lipca zgłosiliśmy postulat wycofania 500 tys. ton jabłek na energię, tak jak było wycofanie 300 tys. ton z tytułu rosyjskiego embarga. W tej wyjątkowo trudnej sytuacji, od embarga w 2014 roku, po drugie ze względu na to, że w ubiegłym roku była klęska przymrozkowa, drzewa odpoczęły, przez to obficie zawiązały owoce, plon jest obfity. Maliszewski zaznacza jednak, że spodziewano się już wcześniej takich plonów i sadowników należało słuchać już kilka miesięcy wcześniej.

Prezes Związku przypomniał też, że w Chinach były przymrozki i obniżyły plony o 30%. Oznacza, to że mają mniej o prawie 13 mln ton, czyli tyle, co cała produkcja UE. – Jaka nadprodukcja? Nie ma żadnej nadprodukcji. Trzeba się przeciwstawić tym, którzy od dawna nas okradają – podkreślił.

Jednak, jak na razie nie udało się nic zdziałać w tym aspekcie. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta tak jak i w poprzednich latach nie jest w stanie udowodnić postępowania, które jest szkodliwe dla rolników. Tu trzeba dołożyć starań i nie dopuścić, aby to dalej funkcjonowało.

– Są pewne momenty, kiedy sadownictwu trzeba pomóc. Dlatego z nadzieją patrzymy na program wycofania owoców z rynku – podkreślał. –  I nie uratuje tego cydr, ani pulpa, ani kostka. Rynku nie uratują te niszowe produkty – zaznaczył.

Pan Maliszewski zauważył jednak, że ten program w obecnym kształcie nie jest żadną pomocą.  To jest kpina, sadownicy dzwonią, nikt nic nie wie. Jeśli program nie ruszy jak najszybciej, to możliwe, że Minister zamiast zbawcą, stanie się grabarzem.

Prezes Zwiąkzu odniósł się również do protestów sadowników w Warszawie. Zaznaczył, że udział w proteście nie miał charakteru politycznego i nie był wymierzony w ministra rolnictwa. – To nie był protest przeciwko Panu (jak Pan to odbiera), to był protest, żeby zachęcić Pana i Pana poprzednika do działań – przypomniał.

 

Jak sytuację widzi Minister Rolnictwa? Zachęcamy przeczytać:  Minister daje sadownikom lekcję o przemyślanej produkcji – relacja z Błędowa