W niedzielę w wielu rejonach spadł upragniony deszcz, a według prognoz pogody to nie koniec opadów – możliwe, że w drugiej części tygodnia znowu będzie padać. Chwilowa ulga skłania do krótkiej refleksji na temat nawadniania w sadach, bo chociaż wielu producentów liczy, że opady zażegnają suszę, doświadczenie wskazuje, że pokładanie nadziei w pogodzie nie zawsze kończy się pozytywnie. 

W zasadzie ciężko dziś sobie wyobrazić produkcję jabłek bez instalacji nawadniających. Ostatnimi dniami woda lała się z kroplowników prawie non stop, bo zapotrzebowanie było ogromne, a opady deszczu kazały na siebie czekać kilkadziesiąt dni. Chociaż woda jest niezbędna do życia drzew, a w perspektywie do uzyskania wysokiej jakości plonu, warto mieć na uwadze pewien aspekt uboczny – maleje zasobność gleby w składniki pokarmowe.

Im większa susza, tym większa eksploatacja przez korzenie tylko tej części gleby, która jest zwilżana przez kroplownik, mniejsza penetracja korzeni drzew w inne rejony gleby, a więc uzależnienie drzew od niewielkiego zwilżanego obszaru. Drzewa ze zwilżonej bryły gleby wraz z wodą pobierają składniki pokarmowe, intensywnie rozbudowując w tym obszarze system korzeniowy. Efektem jest szybkie wyczerpanie zasobów. Zmienia się także odczyn gleby, ponieważ woda używana do nawadniania posiada zazwyczaj dużo magnezu i wapnia. Ze zwilżonej części gleby szybko znika natomiast azot i potas.

Intensywne nawadniania podczas długotrwałej suszy może prowadzić więc do miejscowych braków azotu i potasu (głównie), które można (podobnie jak inne składniki) w łatwy i szybki sposób uzupełniać wykorzystując linie kroplujące. Może być to szczególnie istotne w takim sezonie jak obecny. Całkowity brak opadów uniemożliwiał odpowiednie odżywienie drzew przed kwitnieniem. Chociażby wysiane wczesną wiosną nawozy azotowe, nie miały szansy przedostać się w obręb systemu korzeniowego.

 

Najnowsze komentarze

Ostatnie ogłoszenia