Chcę być sadownikiem, ale chcę też godnie żyć

Pod artykułem Naprawdę nie każdy musi być sadownikiem pojawiło się bardzo dużo komentarzy, w tym kilka ciekawych. Najciekawszy wydaje mi się poniższy komentarz, jakaż szkoda, że autor ukrył się po anonimowym nickiem "Gość":

Może na początek kilka liczb. Polska średnio produkuje ~4.5 mln ton jabłek. Z tego około 35-40% to klasa “exportowa” czyli ~1.6-1.8 mln. Spożycie wewnętrzne jabłek deserowych to 500 tys. ton. Prosta matematyka: 1.6/1.8 mln ton – 500 tys. = 1.1/1.3 mln ton do WYEKSPORTOWANIA.
Naszym największym odbiorcą jest obecnie Białoruś – 300 tys. ton, później Egipt 150 tys. ton. Reszta krajów to razem dodatkowe 100-200 tys. ton. Razem około 600-700 tys. ton czyli trochę więcej niż POŁOWA tego co musimy wyeksportować.
To są szacunkowe dane, nie chce wchodzić tutaj w polemikę, że którąś liczbę podałem większą/mniejszą bo chodzi o pokazanie jednego: nadprodukcji jabłek deserowych – ta nadprodukcja to produkowanie więcej niż możemy sprzedać.
Co z tego wynika? W latach z produkcją > 4 mln jest problem ze zbytem jabłek deserowych. Oczywiście nie dotyczyny to topowych odmian klasy extra, tj. Gala, Golden, Prince. Jak nie można sprzedać na deser to zaczyna się sypanie na przemysł. I tu moi drodzy pojawia się zależność - cena przemysłu definiuje cenę deseru dla tych odmian/jakości, którą ciężko sprzedać – patrz Idared w tym roku. Cena przemysłu nie definiuje ceny jabłek odmian chodliwych.
Nadprodukcja nie występuje co roku, a jak już wystąpi to też w różnym stopniu – czasami skrajnym jak 2014, 2018.
Co wpływa niekorzystnie na obecną sytuację:
embargo rosyjskie – do 2014 potrafiło pójść do Rosji 900 tys. ton jabłek w sezonie. Mimo upływu 7 lat od wprowadzenia embarga, całkowity export jabłek z ostatnich lat nie przekracza ilości wysyłanych tylko do Rosji. Niektórzy próbują zaklinać rzeczywistość, ale prawda jest taka że nie pozbieraliśmy się jeszcze po zamknięciu rynku rosyjskiego.
produkcja odmian i jakości na rosyjski rynek. Idareda czeka znaczne ograniczenie produkcji. Wymagania jakościowe jak jędrność, wybarwienie też są wyższe teraz niż były kiedyś dla Rosji
brak jasnego planu dla rolników – fajnie się piszę w Internecie, ale żaden minister nie wie co robić. Moim zdaniem albo szukać nowych rynków zbytu (nie wiem kto miałby się tym zająć) albo ograniczyć produkcję o około 30%.
Słowo komentarza do tekstów pt. rolnicy powinni szukać odbiorców. To ja się pytam po co są grupy producenckie? Czy każdy mały i średni Rolnik ma to robić sam? Jeśli tak to po co było wpompowane tyle euro w rozwój grup producenckich i mamienie rolników jak to będzie cudownie jak będą grupy.
Mam wśród swoich znajomych ludzi, którzy mają kanały sprzedaży zagranicznej. To są producenci, którzy produkują grubo ponad 1000 ton rocznie – wygląda to tak że np. Gala idzie do UK, Golden do Hiszpanii a reszta lokalnie do grupy. Taki handel nie jest dla małych sadowników.

Szanowny Gościu, bardzo dziękuję za Pańskie słowa. Podobnie widzę postrzegamy obecną sytuację i widzimy nadprodukcję towaru. Podobnie też widzimy, że bez eksportu sadownictwo nasze nie przeżyje. Dzięki Pańskiemu komentarzowi pozwolę sobie przejść do sposobów wyjścia z tej sytuacji, jakim jest radykalne zwiększenie eksportu (kwestię redukcji produkcji pominę teraz, bo niby kto miałby ją zarządzić i wyegzekwować?). W Pańskich słowach przebrzmiewa zdziwienie i niepewność co do tego, czy to sadownicy powinni sami szukać możliwości eksportu (ja taką tezę propaguję). Pyta Pan o rolę grup w tym wszystkim i dlaczego one tych rynków nie szukają. Wyraża Pan obawy czy mały sadownik poradzi sobie z wyzwaniem jakim jest znalezienie zagranicznego odbiorcy.

Pozwoli Pan i Szanowni Czytelnicy, że wyrażę swoją opinię na te tematy. "Gość" już sam wspomina, że poważni sadownicy, o dużym potencjale produkcyjnym, sami szukają możliwości zbytu. Ze względu na skalę swojej produkcji oraz – bardzo często – potencjał intelektualny jaki posiadają, pierwsi oni dostrzegli, że samodzielny eksport jest dość opłacalny. Pada również w komentarzu stwierdzenie, że nawet u dużych sadowników część produkcji ląduje na sortowniach. Warto tutaj zaznaczyć, że najczęściej na tych sortowniach to lądują te odmiany, których eksport nie chce kupić, np.: Ligol. Jak sam Komentujący zauważył nie ma problemu, aby w korzystnych cenach sprzedać za granicę Goldena czy Galę, tutaj pośrednicy są niepotrzebni. Niestety wejście na markety jest trudniejsze, często grono dostawców jest ograniczone a tylko ten segment handlu kupi duże ilości Ligola, więc w przypadku tej odmiany uzależnienie od sortowni jest widoczne. Myślę jednak, że akurat u tych sadowników, którzy sami eksportują, to Ligol jest odmianą schodzącą i to uzależnienie od sortowni będzie maleć wraz ze spadkiem areału Ligola itp. Oni będą inwestować w Galę czy Goldena, bo eksport daje im sporą marżę, jakiej nie dostaną na sprzedawanym sortowniom Ligolu.

A teraz do Pańskiego pytania o rolę grup w zdobywaniu nowych rynków? Odpowiedzcie sobie Państwo sami – ileż my tych nowych rynków zdobyliśmy? W komentarzu padają liczby i dają odpowiedź. Niedługo stuknie 7 lat jak mamy embargo i zaczęliśmy zdobywać świat polskim jabłkiem. Niestety, to się nie udało. Naprawdę chce Pan, Drogi Gościu, czekać dalej? Naprawdę chcecie Drodzy Sadownicy dalej czekać? Możecie? Macie jeszcze zapasy gotówki, aby przeżyć następne chude lata? Zainwestowaliśmy, w zmianę struktury nasadzeń, ogromne pieniądze. Chcemy teraz liczyć na zwrot z tych inwestycji. Ja nie mogę czekać dłużej i nie chcę. Chcę wreszcie godziwie zarabiać na produkcji owoców. Godziwe ceny daje mi tylko eksport. Jestem w stanie wymienić kilka grup, które faktycznie ruszyły na podbój świata i im się to udaje. Są to te podmioty, które śmiało inwestują w relacje z producentami, pozwalają im godziwie zarobić, w zamian otrzymując dobrej jakości towar. Co ciekawe, grupy te kupują za wagę w skrzyni jabłka i nie narzekają na jakość. Budowa zaufania – dobra cena daje dobry towar, który pozwala utrzymać relację z odbiorcą z rejonu Indopacyfiku czy Afryki Subsaharyjskiej (nie wiem czy wiecie, ale są podmioty – bo nie wszystkie to grupy – które wysyłają polskie jabłka nawet do Kenii czy Senegalu). Sadownik zadowolony z ceny inwestuje śmiało w jakość i ponownie sprzedaje dobrze owoce.  Jednak to naprawdę rodzynki. Wszyscy sadownicy z nimi współpracować nie mogą, bo się zrobi za ciasno na ich sortowni. Skoro musimy eksportować, bo się udusimy pod ciężarem tych milionów ton jabłek, które produkujemy a firmy handlowe nie chcą lub nie mogą nam w tym pomóc, to co nam pozostaje? Jakie inne wyjście widzicie, Drodzy Sadownicy, z tej sytuacji? Jakie wyjście widzisz Ty Gościu? Ja już produkować za kilkadziesiąt groszy nie chcę, jednak dalej pragnę być sadownikiem. Wybrałem tę drogę życia i chciałbym się jej trzymać. Świadomie zrezygnowałem z pracy na etacie, mimo ukończenia dobrych studiów. Chcę być sadownikiem, ale chcę też godnie żyć. Skoro sprzedaż jabłek na sortownie mi na to nie pozwala, to będę szukał innego kanału zbytu. Nie każdy poradzi sobie z samodzielnym eksportem, to jasne. Tu jednak trzeba znać języki, zasady handlu międzynarodowego, etc. Proszę spojrzeć na sąsiednie Niemcy. Tam też masa grup zbankrutowała, tam też wielu sadowników stanęło nad krawędzią, bo model grup przeżywa problemy w całej Europie Zachodniej. Dziś najszybciej rozwijającym kanałem sprzedaży jabłek w Niemczech jest… sprzedaż detaliczna. Niemieccy sadownicy zrozumieli, że trzeba zmienić model w jakim funkcjonują. Dziś w Niemczech sprzedaż przez wielkie sortownie systematycznie spada a rośnie sprzedaż na targowiskach. Handel detaliczny to zupełni inny rodzaj biznesu, ale niektórzy nie mieli wyjścia. Przebudowali swoje gospodarstwa i dziś zarabiają naprawdę dobre pieniądze na tym handlu. We Włoszech większość sadowników posiada dodatkowe źródło zarobku, bo obecny ich model łańcucha dostaw nie pozwala na utrzymywanie się tylko z produkcji owoców.

Nas też pewnie dotkną te same zjawiska, bo dokładnie kopiowaliśmy ten sam model lansowany przez Brukselę. Robiliśmy to bezwiednie, bo dawali na to olbrzymie pieniądze.

Pewnie też skończy się tak jak na Zachodzie (bo niby dlaczego inaczej?), że część sadowników zbankrutuje albo naturalnie odejdzie z branży (wiek), część przejdzie do handlu detalicznego (popatrzcie na USA, jak wielu tam drobnych sadowników sprzedaje owoce), część zostanie w grupach, ale będzie szukała dodatkowych pieniędzy poza branżą. Natomiast najpoważniejsza część sadowników, szczególnie ci, którzy mają +15 ha, będą samodzielnie sprzedawać owoce. Sami podejmą współpracę z Dino czy Biedronką (te sieci od dłuższego czasu szukają bezpośrednich dostawców i to z dość dużą intensywnością) lub sami będą eksportować. Niektórzy pójdą w łatwiejsze wysyłki na Białoruś czy Rumunię, inni będą słali owoce do Indii czy Wietnamu. Naprawdę nie ma dziś problemu, aby sadownik samodzielnie sprzedawał jabłka za granicę.

P.S. Pewnie artykuł spotka się z silną negacją ze strony stałych obrońców obecnego modelu rynku, lecz ja się tym nie przejmuję. Do czego zachęcam też wielu innych sadowników – próbujcie samodzielnie eksportować. Nie czekajcie, bo nie wiadomo czy doczekacie.

Powiązane artykuły

Koniec dziadowania

Zapowiada się kolejny ciężki rok

Naprawdę nie każdy musi być sadownikiem