Pojawienie się koronawirusa wzbudziło na całym świecie panikę, co poważnie odbiło się na gospodarkach poszczególnych krajów. W jednej chwili zaczęły obowiązywać obostrzenia, których nikt nie mógł się spodziewać -  zamknięto granice dla towarów oraz siły roboczej, wstrzymano działalność lokali gastronomicznych oraz wielu innych przedsiębiorstw, ograniczono możliwość swobodnego przemieszczania się, nałożono na przyjezdnych zza granicy obowiązkową kwarantannę…

Zapanowała nowa rzeczywistość gospodarcza, a wraz z nią nowe problemy, którym musimy teraz stawiać czoła. Chaos coraz trudniej ukryć, a zamykanie i otwieranie lasów (dla dobra ogółu) na niewiele się zdało. Tracą na tym wszyscy – wielu przedsiębiorcom odebrano prawo do uczciwego świadczenia usług, pozostawiono ich samych, bez realnej pomocy, za to z narastającymi zobowiązaniami wobec pracowników i właścicieli najmowanych lokali. Wielu czeka bankructwo, a wraz z zamknięciem firm, na bruk wylecą również ich pracownicy. Nie łudźmy się, że znaleźć nową pracę przyjdzie im teraz łatwo.  

W fatalnej sytuacji są również polscy producenci owoców. Proszą o niewiele – o umożliwienie przeprowadzenia zbiorów, do czego niezbędni są pracownicy. Truskawki nie będą czekać aż ministrowie namyślą się nad rozwiązaniami antykryzysowymi, lecz zgniją na krzakach, pogrążając plantatorów, którzy żyją z ich sprzedaży… Co będą im wówczas mieli do zaoferowania rządzący? Kredyt czy zasiłek?

Większość pracowników sezonowych zatrudnianych w Polsce przy zbiorach owoców stanowili Ukraińcy. To ich rękami budowany był sukces wielu sadowników. Odebranie setkom Ukraińców możliwości zarobku na polskich plantacjach postawiło ich byt pod znakiem zapytania. Zdajemy sobie sprawę, że za wschodnią granicą panują realia, w których życie nie jest lekkie…

Zadzwoniliśmy i zadaliśmy parę pytań Walentinie, 48-letniej Ukraince zamieszkałej na wsi. Kobieta jest matką dwojga dzieci, z których najmłodsze obecnie studiuje. Koszty nauki w szkołach wyższych należy na Ukrainie pokrywać w całości, co jest dla rodziny sporym obciążeniem. Walentina skończyła szkołę felczerską, jednak praca w zawodach medycznych jest w jej kraju bardzo mało opłacalna, w związku z czym od przeszło dwóch lat zarobkowała w Polsce, głównie przy zbiorach owoców oraz jako pomoc domowa. Poza paroma podstawowymi zwrotami, nie zna języka polskiego. Koronawirus zastał ją na Ukrainie. Wcześniej skończyła jej się wiza pracownicza, w związku z czym wróciła do rodzimego kraju. Miała zamiar pozałatwiać parę spraw rodzinnych, po czym wystarać się o nowe pozwolenie na przyjazd do Polski. Niestety wirus pokrzyżował jej plany.

Jak wygląda sytuacja na Ukrainie?

Nie każą nam wychodzić z domu, tylko po najpotrzebniejsze sprawy. U was pewnie jest tak samo. Zakłady są pozamykane, ludzie zwalniają pracowników, bo nie mają im z czego płacić. Autobusy nie jeżdżą, trudno dostać się do Kijowa.

I tak nie mam tam po co jechać, bo polski konsulat podobno nie pracuje. Można składać wnioski o wizę przez Internet, ale córka musi mi pomóc, bo u mnie z obsługą komputera słabo. Ja zresztą muszę się zastanowić, czy będę na takich warunkach składać wniosek. Przyjadę i co? Agencje pośrednictwa pracy nie mogą nic załatwić, niektóre mają poważne problemy finansowe. Gdzie pójdę na kwarantannę? Kto zapłaci za moje siedzenie bezczynnie?

W Polsce pilnie potrzebujemy pracowników do zbiorów…

Mówi pan, że sadownicy na nas czekają… Współczujemy, ale my jesteśmy w znacznie gorszej sytuacji. Wielkie bezrobocie - wcześniej nawet młode dziewczyny nie mogły znaleźć pracy, co dopiero ludzie przed pięćdziesiątką. Teraz jeszcze gorzej, bo firmy upadają i nikt nie zatrudnia. Nawet jako niewykwalifikowani pracownicy, bez znajomości języka, mogliśmy w Polsce uczciwie zarobić. Praca była ciężka, ale była. U nas już wcześniej mieliśmy wielki kryzys, a co dopiero teraz… Ceny rosną, a jedzenie trzeba kupować. Kto miał jakieś oszczędności, ten teraz musi z nich korzystać.

Jakie panują u was nastroje?

Raczej ponure. Nie spotykam się z wieloma ludźmi, tyle co rozmawiam w sklepie albo dzwonię do znajomych. Chęci do pracy jest na pewno dużo, ale nie ma możliwości. Ja nigdy nie jeździłam do Polski sama, zawsze z koleżankami. Wszystkie czekamy na otwarcie granic. Zbiory owoców w Polsce były dobrą okazją, żeby sobie zarobić. Trzeba było się napracować, bolały plecy, ale przywoziłam wtedy do domu dużo pieniędzy i miałam je na dłużej.

Co pani teraz planuje?

Na razie zajmuję się domem. Jestem gospodarną osobą i mam własny ogródek z warzywami i owocami, parę kur, kaczek, króliki. Gdyby sytuacja się pogorszyła, jedzenia przynajmniej na jakiś czas nam wystarczy. Żadnej pracy w okolicy nie znajdę. Prawdopodobnie będę starała się o uzyskanie polskiej wizy, cały czas mam nadzieję, że to się skończy i będę mogła przyjechać. Pożyjemy, zobaczymy…

Najnowsze komentarze

Projekt strony www Sitte.pl Lublin