Łatwo otworzyć chłodnię, ciężej znaleźć klienta
Polecane

Łatwo otworzyć chłodnię, ciężej znaleźć klienta

Cały czas nad rynkiem jabłek ciąży gigantyczna ilość owoców przechowywanych w chłodniach, których jakość daleko odbiega od wymagań rynku. Ponieważ sadownicy wzięli sobie do serca zachęty innych, aby najpierw wyprodukować, a dopiero potem martwić się o to, komu i za ile to się sprzeda, w chłodniach zalegają tony jabłek bez większej wartości handlowej.

Mamy owoce bez jędrności, z czekoladą, korkiem i szklistością miąższu; o śladach gnicia nawet nie ma co wspominać. Chłodnie otwarte w styczniu i lutym dalej „mielą powietrze”, bo jest problem ze zbytem, a utrata jakości postępuje. Tych jabłek już nikt nie uratuje, nie ma co czekać na odwrócenie tendencji, tylko trzeba je wysypywać jak najszybciej.

Jeśli przez 3-4 tygodnie nie udało się znaleźć klienta na ten towar, to skąd przekonanie, że uda się za tydzień? Jest to też dość istotna lekcja na dalszą część sezonu: powinniśmy najpierw szukać nabywcy, a dopiero potem otwierać komorę.

Dalej zachęcam do nabywania jędrnościomierza i weryfikowania jakości swoich owoców, bo widzę, jak oczekiwania sadowników brutalnie zderzają się z realiami. Jednak najważniejszy wniosek to właśnie ta lekcja z szukaniem klienta przed otwarciem komory, jest to najłatwiejsze do zrealizowania, a może przynieść najlepsze rezultaty.

Nie ma żadnych magicznych terminów, po których należy otwierać chłodnie. Bez znaczenia jest to, czy jest 1 czy 15 marca. Jedynym kryterium powinno być pojawienie się nabywcy na dany towar. Mamy nabywcę - otwieramy i sprzedajemy. Otwarcie komory i dopiero potem szukanie klienta, do tego wsparte wygórowanymi oczekiwaniami, to przepis na dużą stratę.

W tym roku spadek jędrności owoców jest dość szybki. Poza tym dość często występuje oparzelizna powierzchniowa („czekolada”), więc im więcej dni mija od rozgazowania jabłek, tym bardziej spada ich wartość. Tym bardziej że ciągle otwierają się nowe chłodnie i naprawdę jest w czym przebierać.

Rozumiem, że każdy stara się wyciągnąć z tej sprzedaży jak najwięcej, bo cały rok pracuje się na tę transakcję. Tyle że już widać, iż w tym roku nie zrobi się majątku na przechowalnictwie. Rynek jest nasycony owocami i trzeba minimalizować koszty oraz ryzyka. Otwieranie komór i szukanie klientów dla 3-4 odmian przechowywanych w chłodni to proszenie się o problemy.

Co z tego, że udało się wywalczyć 10 groszy więcej na kilogramie za jedną odmianę, skoro w tym czasie jakość drugiej spadła z jabłka deserowego do sokowego?

Niby to bardzo proste, szukać klienta przed otwarciem komory, więc dlaczego tak mało osób to robi? Wydaje mi się, że przyczyną jest całkowity brak wiedzy sadowników o swoich owocach. O braku jędrnościomierzy w gospodarstwach już pisałem, ale oprócz tego przeciętny sadownik często nie jest w stanie powiedzieć, jaki jest dominujący rozmiar owoców w jego skrzyniach ani jak wygląda kolorystyka jabłek.

Jeśli nie znamy podstawowych parametrów, to musimy najpierw otworzyć komorę, aby klienci mogli je poznać. Dlaczego jednak nie wiemy takich rzeczy już podczas zbioru? Nie chcę nawet wspominać o wykorzystaniu aplikacji ze sztuczną inteligencją do oceny zawartości skrzyniopalet. Takie rzeczy można spokojnie robić także przy pomocy zeszytu i ołówka - żeby po prostu wiedzieć, co chce się później sprzedać klientowi.

Naprawdę nie trzeba otwierać komór i oprowadzać tabunów kupców przez dwa tygodnie po chłodni, żeby sprzedać jabłka. Wystarczy wiedzieć, co ma się do sprzedania.

Nie przegap najnowszych wiadomości

icon googleObserwuj nas w Google News

Powiązane artykuły