W kleszczach polityki handlowej UE

Ponieważ wczorajszy artykuł "Nie tędy droga" na temat współpracy z przetwórniami spotkał się z żywą dyskusją na portalu i Facebooku, chciałbym dziś wyjaśnić pewne kwestie, które w toku tej dyskusji się pojawiły i psują logikę rozmowy.

Argument pierwszy i do końca fałszywy głosi, że to państwo i jego służby mają za zadanie zatrzymać napływ zagranicznego towaru na nasz rynek. Pozwólcie Państwo, że w kilku słowach ustosunkuję się do tej tezy. Czy Rząd Najjaśniejszej Rzeczpospolitej ma narzędzia do zatrzymania importu? Na dobrą sprawę nie. Dostaw w ramach WTD nie da się zatrzymać, nawet jeśli byśmy w nich wykrywali całą tablicę Mendelejewa. Członkostwo w unii celnej nie pozwala na stawianie jakichkolwiek ograniczeń w tym zakresie i kropka. Możemy badać każdą partię owoców jaka przekracza granicę (choć pewnie wówczas Komisja Niemiecka, tfu!, przepraszam, oczywiście chodziło o Komisję Europejską, wzięłaby nas w obroty i słusznie zarzucała dyskryminację) i każdą kierować do utylizacji z powodu przekroczenia norm przewidzianych prawem a i tak nie mielibyśmy podstaw do zatrzymania następnych przywożonych partii owoców. Możemy zgłaszać te przekroczenia do unijnego systemu ostrzegania i nic więcej. Jesteśmy w unii celnej i kropka.

Trochę inaczej sprawa wygląda w kwestii importu z krajów trzecich. Tutaj są różne umowy jakie zawarła UE z tymi krajami albo wynikające z członkostwa w WTO. Generalnie nie możemy bezpodstawnie zakazać wwozu owoców z innych państw, bo mamy takie życzenie. Jednak jeśli pojawiłyby się pewne wątpliwości, co do jakości importowanych owoców (wynikające właśnie z przekroczeń norm prawnych), to możemy... prosić Komisję Europejską o czasowy zakaz wwozu tych produktów. Polski rząd nie prowadzi samodzielnej polityki handlowej, bo zrzekł się tej suwerennej władzy wstępując do Wspólnot Europejskich. Polityka handlowa jest domeną wspólnotową i żadne państwo członkowskie UE nie może prowadzić jej samodzielnie. Załóżmy na chwilę, że ten ukraiński import faktycznie nie spełnia norm unijnych. Jak Państwo sądzicie – czy Komisja Niemiecka, wróć, oczywiście chodzi o Komisję Europejską, zakaże niemieckim przetwórniom importować te owoce z Ukrainy? Odpowiedź jest chyba dla wszystkich jasna.

Naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy twierdzą, że Państwo może dowolnie regulować import. Nie, nie może. Przestańcie słuchać krzykaczy, których wiedza o świecie kończy się na oglądaniu telewizji i informacji pochodzących z plotek na Broniszach.

Oprócz kwestii formalnych, traktatowych, są też te nieformalne. Generalnie nazywamy je w geopolityce lewarami, czyli narzędziami wpływu na decyzje innych. Berlin posiada przemożne narzędzia wpływu na nasz kraj. Jesteśmy ekonomiczną kolonią Niemiec, uzależnioną od nich na wielu płaszczyznach. Pójście na zwarcie z niemieckimi koncernami wywróciłoby całą naszą ekonomię do góry nogami. Choć zbudowanie niezależnych kanałów handlu ze światem, innych niż poprzez niemieckie pośrednictwo, może i jest realne, to jednak bardzo trudne, ryzykowne i żądałoby ofiar, na które nie pójdzie żaden polski rząd. Koszty ekonomiczne, społeczne i polityczne byłby ogromne a ewentualne zyski niepewne, choć szalenie atrakcyjne. Nie liczcie więc Państwo na wolę polityczną rządu do pomocy w Waszej walce z niemieckimi przetwórniami. Tym bardziej, że rząd już się sparzył na Eskimosie. Minister Ardanowski był gotów rzucić wyzwanie Niemcom i samemu skupić jabłka, przerobić je na koncentrat i wysłać w świat. Jak to wyszło? No tak, że Eskimos – za rządowe pieniądze – skupił owoce i nawet nie miał ich gdzie wszystkich przerobić, bo przetwórnie niezależne odmawiały pomocy, bojąc się reakcji Niemców. Jeśli nawet udało im się cokolwiek przerobić, to był problem ze sprzedaniem tego na rynku rządzonym przez oligopol niemiecki.

Tak płynnie dochodzimy do fantazji o rządowym holdingu spożywczym. Twór ten pewnie skończy jak Eskimos. Dokładnie z tych samych powodów. Projektując ten holding elity rządzące miały nadzieję na pomoc z USA, które to są wielkim odbiorcą, m.in: koncentratu jabłkowego. USA są naszym sojusznikiem, wspierały idee Trójmorza, więc może by kupiły też nasz koncentrat, co by się wpisywało w ich chęć podtrzymywania naszej niezależności od Berlina. Jednak ta wiosna pokazała, że Niemcy i USA zawarły nowy deal o podziale stref wpływów i Waszyngton wycofał swoje poparcie dla rządu w Warszawie. Dlatego zniesiono sankcje na Nord Stream AG, podpisano New Start z Rosją a Baltic Pipe zaczął mieć problemy z uzyskaniem pozwoleń w Danii. Amerykanie kupują sobie poparcie Niemiec dla swojej rozgrywki z Chinami, właśnie za cenę naszych interesów. Dlatego ten holding to mrzonki (przynajmniej jeśli chodzi o kwestię ZSJ).

Odpuśćmy walkę o jabłko przemysłowe, bo nie mamy szansy jej wygrać. Być może kiedyś otworzy się nowe okienko geopolityczne i będzie możliwość ponownego stanięcia w szranki z przetwórniami, ale teraz to tylko strata energii. Całą energię proponuję poświęcić na zwiększanie eksportu jabłka deserowego, tym bardziej, że podwyższenie jakości deseru powoduje obniżkę podaży jabłka przemysłowego. Im więcej w skrzyni owoców dobrze wybarwionych, wolnych od ordzawień, zwójek, itd, tym niższa podaż przemysłu. W Polsce jest naprawdę wielu producentów, którzy prowadzą takie sady, że tam deseru nie będzie. Oni i tak zawiozą te jabłka na skupy. Cała reszta niech skupi się na produkcji deseru i przerzedzaniu owoców, aby w skrzyni nie było przemysłu.

No i last but not least, cena deseru. "Po co mam inwestować w jakość, skoro nikt mi później za to nie zapłaci". Męczy mnie już ta dyskusja. Tyle razy już o tym pisałem, że o swoje interesy musimy zadbać sami a nie liczyć, że ktoś nas uszczęśliwi, płacąc dobrą kasę za towar. To jest naiwność. Trzeba samemu szukać odbiorców, eliminować pośredników, docierać do klienta. Naprawdę wielu sadowników już to robi, naprawdę wielu sadowników w Holandii czy Niemczech sprzedaje samodzielnie do marketów czy hurtowni, samodzielnie eksportuje (w tym sporo do Polski). Jeśli oni potrafią, to dlaczego Wy mielibyście sobie nie poradzić? Spróbujcie, nie będziecie żałować.

Powiązane artykuły

Jak to robią w Nowej Zelandii?

Szkodliwe mity

Nie tędy droga