Kto winduje stawki za zbiór jabłek?

Temat deficytu rąk do pracy nie schodzi z ust większości sadowników. Wszyscy podkreślają pewną trudność w znalezieniu pracowników, co niewątpliwie jest faktem i nie podlega dyskusji. Jednak  mam wątpliwości co do słuszności dyskusji i trendu rynkowego, polegającego na licytowaniu się i przebijaniu wysokością stawek między sadownikami. Z resztą nie tylko ja, bo artykuł ten powstał po kilku kolejnych sygnałach od producentów, że trzeba coś o tym napisać. A może po prostu ziszcza się to, że nie każdy jest sobie w stanie poradzić z prowadzeniem gospodarstwa sadowniczego? Może niektórzy radzili sobie tylko w czasach koniunktury, a gdy przyszły problemy, to nie potrafią im podołać?

Kiedy zaczęło się sadownicze eldorado sady zakładał każdy. Osobiście widziałem, jak ludzie, którzy nie mieli i dalej nie mają pojęcia, sadzili jabłonie gdzie się dało i co tam się dało, bo i tak wychodzili na tym lepiej niż na zbożu czy ziemniakach. Sady powstawały na łąkach, po kapustach czy życie. W gospodarstwach nie było skrzyń, nie było profesjonalnego sprzętu, a i tak sadzono jabłonie. Nawet brak wiedzy agrotechnicznej nie był hamulcem przed sadzeniem. Towar można było łatwo sprzedać na wielkie sortownie, które wprawdzie odrzucały po 20-30% z tego towaru, ale to i tak gwarantowało lepszą dochodowość niż posianie żyta. Ba, nawet jak się wszystko wyrzuciło na przemysł, to i tak to było lepsze rozwiązanie niż siew zboża. Skupy i sortownie wzięły wszystko i od każdego. Zbyt był po prostu banalny i nie stanowił żadnego problemu. Do tego miliony Ukraińców, którzy chcieli pracować, sami szukali pracy przy jabłkach. Przewoźnicy przywozili całe busy ludzi na podwórko, wystarczyło do takiego kierowcy zadzwonić i za kilka dni było kilka osób do zbioru. Po prostu produkcja jabłek była banalnie prosta, radził sobie z nią każdy. Jednak czasy się zmieniły, zmieniły się warunki i otoczenie rynkowe w jakich przyszło nam produkować jabłka. Przestało być tak łatwo. Zaczęły się problemy ze zbytem i uzyskiwanymi cenami. Gdy cena wyjściowa jabłek było powyżej złotówki, to nawet odrzucenie 20 czy 30 procent na przemysł dawało całkiem niezłe dochody z hektara. Koszty paliwa, robocizny czy nawożenia nie były aż tak wysokie i całkiem sporo zostawało w kieszeni. Na spadające ceny zaczęliśmy odpowiadać intensyfikacją produkcji, uzyskiwaniem lepszych plonów, co było dość łatwe ze względu na szerokie wsparcie techniczne od dystrybutorów nawozów czy doradców technicznych. Jednak to było rozwiązanie na krótką metę. Dużo trudniejsze okazało się przeskoczenie prawdziwych barier biznesowych, czyli znalezienie sobie rynku zbytu na swoją produkcję czy pozyskanie ludzi do pracy. Wojna na Ukrainie sprawiła, że kierowców jest dużo mniej, utarte latami kontakty do kierowców zaczęły zawodzić. Sadowniczy zetknęli się z tym, z czym każda inna branża styka się od lat, czyli trudnością w pozyskaniu pracowników. Mimo wszystko jakoś te inne branże sobie radzą, aktywnie szukają ludzi do pracy i choć nie jest to łatwe, to jednak możliwe.

Prowadzenie biznesu polega na elastyczności i umiejętności reagowania na zmieniające się otoczenie rynkowe, to integralna część prowadzenia każdej firmy. Ludzie na Ukrainie dalej chcą pracować w Polsce, są też chętni do pracy Polacy. Po prostu trzeba zmienić sposób pozyskiwania tych ludzi. Trzeba inaczej do nich dotrzeć. Wczoraj pojechałem na skup wysypać kilka skrzyń przemysłu i sadownik mi wprost mówi, że wprawdzie nie udało mu się skompletować zespołu do zrywania jabłek z Ukraińców, bo żaden z kierowców nie może mu przywieźć ludzi, jednak udało mu się pozyskać do tej pracy Polaków i to nie za 20 złotych na godzinę. Po prostu trzeba było zmienić schemat myślenia i zapomnieć o kierowcach. Druga rozmowa dotyczyła przyjazdu na podwórko kierowcy, który zażądał od gospodarza dużej opłaty za przywiezienie pracowników oraz wygórowanej stawki godzinowej dla nich. Gospodarz odmówił, za to dał ogłoszenie w ukraińskim serwisie z ogłoszeniami lokalnymi i pracownicy sami zaczęli się do niego zgłaszać. Zmieniły się czasy, sytuacja i warunki prowadzenia biznesu i my musimy zmienić swoje metody organizacji. Trzeba wykazać się pewną samodzielnością i aktywnością. W USA czy w Holandii to jest norma, że producenci owoców dają ogłoszenia, aktywnie pozyskują pracowników z całego świata do swoich gospodarstw. To tylko u nas było tak łatwo, że przewoźnik w podwórko przywoził cały komplet ludzi po jednym telefonie. Zobaczcie jak wygląda pozyskiwanie pracowników do zbioru przez producentów jabłek z Nowej Zelandii. To jest szeroko zakrojna i długoterminowa akcja. Nowozelandzie ogłoszenia są od krajów Afryki Wschodniej aż po Polinezję Francuską, USA ściąga zbieraczy owoców z Meksyku czy Ameryki Środkowej masowo, ale nikt nie liczy na to, że uda się mu to załatwić jednym telefonem i nagle pojawi się bus ludzi w podwórku. Pozyskiwanie pracowników było absurdalnie łatwe, tak jak i całe sadownictwo, teraz jednak okazało się, że stanowi to problem. Oczywiście można zaoferować po 19 złotych na godzinę i jakoś skleić dzięki temu ekipę do zbioru, tylko czy to ma naprawdę sens ekonomiczny?

Z takich stawek, płaconych przez sadowników, śmieją się nawet pracownicy agencji pracy. Także wielkie firmy, nie przedstawiają takich ofert. Kilka przykładów z dziś: magazyn agd/rtv w Katowicach płaci po 17,30 zł/h (minus opłata za mieszkanie 150 zł/msc), sprzątanie hotelu 16 zł/h, pakowanie cukierków 35 km od Warszawy – 15-15,50 zł/h + 1 zł do 26 r.ż, zbiór kalafiora 16 zł/h, pod Wrocławiem 15,90 zł/h za pracę przy pakowaniu witamin, praca na supermarkecie – 16 zł/h. Po co więc ktoś rzuca stawkami po 19 złotych? A no po to, że nie umie sobie poradzić inaczej z pozyskaniem ludzi do pracy. Tak jak płaczą i przeklinają sortownie, bo oferują im zbyt niskie ceny na owoce, ale jabłka im dalej oddają, tak samo teraz płaczą i przeklinają robotników, ale godzą się na takie absurdalne stawki. Oni nie potrafią sobie poradzić z trudnościami, ze zmianami otoczenia rynkowego jakie nadeszły i nadchodzą, bo to dopiero początek przeobrażeń jakie zajdą na naszym rynku.

Powiązane artykuły

X