Cena przemysłu spada, a razem z nią złudzenia
Polecane

Cena przemysłu spada, a razem z nią złudzenia

Gdy w grudniu pisałem, że ceny przemysłu są dość stabilne, bo choć nie ma wzrostów na koniec zbiorów, to mogą być przesłanki do delikatnego optymizmu i dłuższej stabilizacji cenowej, kilka osób twierdziło, że patrzę przez zbyt różowe okulary. No i mieli rację. W ostatnim czasie nastąpił wyraźny spadek cen jabłek przemysłowych na skupach, aktualnie kształtuje się ona na poziomie 55–60 groszy/kg. Z perspektywy czasu widać, że do tego musiało dojść.

Pisałem Państwu o zmarnowanym potencjale Goldena, a to samo dotyczy większości odmian. Mamy koniec lutego, a każde ogłoszenie o skupie owoców na przeciery czy NFC spotyka się z szerokim odzewem wśród sadowników, bo chłodnie są po prostu pełne słabej jakości owoców. Ludzie, którzy są blisko handlu, próbowali tonować te huraoptymistyczne doniesienia o rekordowym eksporcie i nadziejach z tym związanych, próbowali ciut uświadamiać branżę, że eksport nie rozwiąże kwestii podaży Szampiona czy Jonagoreda. Pamiętam dość mocny komentarz handlowca z pewnej ekologicznej grupy i totalny brak zrozumienia dla jego słów wśród sadowniczego audytorium. Wszyscy nakręcili się przymrozkami i spadkiem plonów oraz doniesieniami o dużych wysyłkach do krajów trzecich. Jakoś nikt nie chciał podjąć polemiki ze mną, gdy pokazywałem relatywnie słabe wyniki WDT, czyli dostaw wewnątrzunijnych, które w poprzednim sezonie handlowym tak bardzo nakręcały popyt na jabłka do przetwórstwa. Kupowali od nas Niemcy i Holendrzy, kupowali owoce na przeciery i do obierania, czyszcząc rynek ze słabszych partii i wywołując silną presję na ceny owoców deserowych, bo efektywne różnice po sortowaniu deseru wcale nie były takie duże.
Ludzie, którzy siedzą w handlu jeszcze dłużej niż ja, i tak twierdzili, że zbytni optymizm ode mnie bije i powinniśmy spodziewać się większych problemów ze zbytem. Jednak mi najbardziej szkoda po prostu zmarnowanych przez sadowników owoców, bo naprawdę były szanse na sprzedaż tych jabłek zaraz po zbiorach, choć ceny może nie powalały na kolana. Coś, co jeszcze dwa miesiące temu nadawało się chociaż na obierkę, dziś nadaje się na przeciery. Zamiast 90 groszy jest 75, a i to nie zawsze, bo niektórych odmian się nie przeciera. Do tego doszły koszty schłodzenia i ubytki w masie.

W październiku, gdy jeszcze trwały zbiory, rozmawiałem z sadownikiem z zachodnich Niemiec, który wysypywał dość duże ilości swoich owoców na przemysł. Indagowany o przyczyny takiej decyzji przyznawał wprost, że plon miał większy niż zazwyczaj, a popyt ze strony marketów jest raczej dość stały rok do roku, więc – mimo że miał i skrzynie, i miejsce w chłodni – zdecydował sprzedać przetwórni sporą część swojej nadprodukcji. My cały czas spekulujemy, nie wiemy, co i komu sprzedamy, dlatego podejmujemy tak dziwne decyzje. Ignorujemy rynek, bo nie mamy z nim bezpośredniego połączenia. Nie wiemy, czy w danym sezonie Holendrzy będą kupować tę drugą klasę, czy też nie, liczymy, że jednak tak, choć robimy to całkowicie w ciemno. Tu nie chodzi o posiadanie stałego kontraktu z gwarancją ceny i wolumenu, tylko o bycie na tyle blisko odbiorców, aby móc podejmować racjonalne decyzje, a nie w ciemno zamykać pogorszonego Jonagoreda, bo w internecie napisali, że bijemy rekordy eksportu.

Komentarze  

+2 #1 Staszek 2026-02-25 16:13
Witam.
Zgadzam się z autorem.
Ja wszystko co mogłem sprzedałem do połowy grudnia.
Mimo że mam chłodnie, to ceny prądu mnie powalają.
Świętowałem sam lub dawałem do sortu.
Zostałem z idaretem ale na niego mam odbiorcę aż do jego wyczerpania. Może nawet coś dokupie na koniec.
Jedyny błąd to pozostawienie Lugola pomrozowego, szedł na kompoty i obierek do tego samego człowieka co idaret ale szybko odbiorca się wycofał.
Efekt taki iż stał to lutego na pakowni poszedł po 65gr.
A mogłem go szybko strząchnąc i odrazy sprzedać.
Cytować

Nie przegap najnowszych wiadomości

icon googleObserwuj nas w Google News

Powiązane artykuły