Jabłko przemysłowe – geopolityczny odpad

W debacie sadowniczej w naszym kraju temat cen przemysłu powraca nieustannie, cena na skupach elektryzuje wszystkich. Teorie o tym, ile powinno kosztować jabłko do przetwórstwa i dlaczego więcej niż aktualnie kosztuje są tematem rozmów prowadzonych w internecie, w kolejkach na skupie albo na parkingach przed kościołami. W zasadzie wszyscy widzimy i zgadzamy się, że coś tu jest nie tak. Jednak niewiele osób rozumie sedno problemu. Niemiecki przemysł przetwórczy zlokalizowany w Polsce dalej jest niemiecki. Jest to nie tylko biznes, ale też przemożne narzędzie wpływu politycznego na nasz kraj. W geopolityce nazywa się to lewarem. Tak, o geopolitykę tutaj chodzi.

Polska jest krajem rolniczym, nasz przemysł jest w rękach zagranicznych a niezależne polskie firmy to podwykonawcy zachodnich koncernów, w taki bądź inny sposób uzależnione od swoich firm matek bądź zleceniodawców. W zasadzie tylko rolnictwo nie zostało wyprzedane w latach 90-tych. Jednak nie miejsce tu, aby rozwodzić się czy było to słuszne, niesłuszne, ale konieczne, czy niesłuszne i niekonieczne. Jednak niezależność polskiego rolnictwa wynikała z jego rozdrobnienia właścicielskiego i braku politycznej kontroli nad nim. Kontrola nad łańcuchami dostaw jest kluczem do kontroli ekonomii i polityki państw. Niemiecki kapitał kontroluje nasze rolnictwo dzięki kontroli nad głównymi kanałami sprzedaży jego produktów. Ta kontrola ma wymiar biznesowy – przetwórnie chcą na nas zarabiać i jest to normalne a nawet dobre – oraz polityczny. W kontroli politycznej chodzi o to, aby na bazie rolnictwa nie powstał kapitał zdolny do realizacji swoich własnych interesów. Podmioty gospodarcze w Polsce mają być komplementarne wobec swoich niemieckich zleceniodawców, mają produkować na potrzeby niemieckie gospodarki i współrealizować przez to cele kreślone w Berlinie. Sytuację tą dość dobrze rozumieli, w zasadzie wszyscy ministrowie rolnictwa w historii naszego kraju. Ostatnim, który próbował rzucić wyzwanie niemieckim zakładom w Polsce był Pan Ardanowski (nie jestem admiratorem tego Ministra), co sadownicy powinni pamiętać, bo akcja "Eskimos" właśnie sadownictwa dotyczyła. "Eskimos" był właśnie taką próbą ucieczki z niemieckiego łańcucha produkcji i samodzielnego wyjścia w świat. Niestety, skończyło to się spektakularną klapą. Okazało się, że wyzwaniu, jakim jest niemiecka kontrola nad polskim rolnictwem, nie jest w stanie podołać nawet urzędujący minister. Skoro więc nawet rząd ma problem, aby wydostać się z objęć przetwórni, to czy my sadownicy sami jesteśmy w stanie podołać temu wyzwaniu? Poza tym czy nasza branża chce podołać temu wyzwaniu? Na oba pytania odpowiedź brzmi: nie. Już tyle było protestów, już tyle blokad zakładów, demonstracji i nic to nie dało. No i nie da. Ponieważ siły kontrolujące przetwórnie nie są zależne od nas. Nie ważne czy rolnicy, wszyscy łącznie, zagłosują na tę bądź inną partię, która obieca się tym zająć, to nic się w tej kwestii nie zmieni, bo decyzje, odnośnie naszej branży, nie zapadają na Wiejskiej. Wola naszych decydentów ma tu niewielkie znaczenie. Oni sami rozumieją te ograniczenia. Trzeba też pamiętać, że te niemieckie zakłady obrosły w cały szereg podmiotów, które żyją z ich obsługi. Przez lata zżyły się z przetwórniami, narosły osobiste kontakty, znajomości. Utrata tego to problem, z którym te podmioty wcale nie chciałyby się mierzyć.

Jak więc mamy podejść do problemu my sadownicy? Nie zmienimy polityki zakładów, nawet jeśli doszłoby do tej mitycznej i osławionej "jedności", który to mit uważam za wielce szkodliwy dla sadowników. Skoro nie zmienimy ich polityki, nie wygramy starcia z nimi to po prostu odpuśćmy. Podejmijmy decyzję o produkcji deseru, niech przemysł będzie naprawdę odpadem a nie połową naszej produkcji. Niech na zakłady jadą jabłka ze starych, zaniedbanych sadów. Postawmy na jakość i eliminację przemysłu już w trakcie sezonu, niech ten odpad stanowi maksymalnie 10% produkcji i to tylko przy zbiorach, niech w skrzyniach naprawdę lądują tylko dobre jabłka. Kiedyś Kazimierz Wielki podjął decyzję o zaniechaniu walki o Gdańsk z Krzyżakami, mimo, że sam prawie życie stracił w bitwie z nimi. W tamtym układzie okoliczności wygrać z Zakonem się po prostu nie dało. Kazimierz zwrócił się na Wschód, zajął się podłączaniem Polski do wielkiego szlaku handlowego idącego na Ruś Czerwoną. Dzięki uczestnictwie w handlu z Morzem Czarnym udało się unowocześnić nasz kraj, pobudować zamki, miasta i wsie. Mieszkańcy bogacili się a skarb państwa zapełnił się wpływami z podatków. Kilkadziesiąt lat po zaniechaniu wojen z Krzyżakami przez Kazimierza Wielkiego, w 1410 roku Jagiełło stanął ponownie w szranki z Zakonem na polach Grunwaldu. Resztę historii już znacie. Aby kiedyś przyszedł sadowniczy Jagiełło, dziś musi przyjść sadowniczy Kazimierz Wielki. Zapomnijmy o przemyśle, zajmijmy się deserem.

Powiązane artykuły

Niedobór jabłek na holenderskim rynku

Znowu, jak co roku, płacze i lamenty…

Dobrych jabłek tanio wyprodukować się nie da