Dobrych jabłek tanio wyprodukować się nie da

Od 2014 roku, kiedy to Rosja nałożyła embargo na nasze jabłka jako retorsje za unijne sankcje, polskie sadownictwo jest bombardowane ponagleniami o poprawę jakości produkowanych owoców. Oczywiście nie ma z czym polemizować i teza o poprawie jakości, jako warunku sine qua non, wejścia na rynki światowe jest słuszna. Jednak co tak naprawdę kryję się za tą wręcz mityczną jakością? Jakie mają być te jabłka?

Ten sezon przechowalniczy po raz kolejny udowadnia nam, że naprawdę niewielu sadowników rozumie, jakie owoce ma produkować. Jaki jest podstawowy problem z jabłkami w tym roku? Ja już abstrahuję od tych, którzy pakowali do chłodni każdy szmelc, mówiąc „na wiosnę mogli dać po 4 zł/kg? To teraz też dadzą a gorsze się ciut taniej sprzeda". Zostawmy ich w spokoju. Tam potrzebne są tabletki a nie polemiki w artykułach. Obecnie problemem numer jeden jest jędrność. Parametr kluczowy, jeśli chodzi o szeroko pojmowaną jakość. Jędrność owocu jest wypadkową wielu czynników, ale podstawowym jest nasycenie owoców wapniem. Zarówno podawanie wapnia odżywczego przez glebę (nie mylić z odkwaszaniem gleby) jak i dolistnie to tanie zabiegi i znane od lat. Żadna nowinka, każdy doradca o tym trąbi i chyba już każdy wie, że należy pryskać jabłka wapniem. Jak widać po jędrności owoców z otwieranych komór jednak nie każdy, jednak mniejszość. Od początku sezonu było wiadomo, że może być problem z przewodnictwem wapnia z powodu uszkodzeń jakie przyniosły kwietniowe przymrozki, toteż należało się naprawdę przyłożyć do oprysków wapniowych. Jeśli do tego dodamy, że wiele kwater zostało solidnie przerzedzonych przez naturę, to naprawdę należało latem nie schodzić z ciągnika i podawać dość duże dawki chlorku wapnia. To naprawdę nie są drogie zabiegi a mają olbrzymi wpływ na jędrność. Oczywiście są też inne czynniki mające wpływ na jędrność owoców, o których też nie można zapominać, ale nawożenie wapniem jest naprawdę kluczowe. Niby każdy to wie, niby w każdej książce to jest napisane a i tak mamy takie kwiatki, że sadownik otwiera komorę KA na początku marca i odmiana Red Jonaprince ma 4,5 kG. Czemu pomijamy nawet najprostsze zabiegi poprawiajcie jakość? Czy ta wiosna naprawdę wszystkim tak zepsuła percepcję? Czy musimy znów sięgnąć cenowego dna, jak w 2018 roku, aby dotarło do nas, że byle co się nie sprzeda w dobrych cenach?

Oczywiście, zaraz podniosą się głosy, że "niby za co, skoro ja 2 lata pod rząd miałem przymrozki?". Tak, ostatnimi laty naprawdę wielu sadowników zostało mocno dotkniętych przez naturę, zarówno przymrozkami jak i gradami czy rekordowym owocowaniem. Jednak, jeśli nie stać cię na należyte opryskanie całego sadu, to może opryskaj porządnie pół a drugie pół wytnij? Zmniejszysz podaż, polepszysz jakość i gdyby tak zrobił każdy to zaraz rynek by się zmienił. Jednak u nas dalej pokutuje "jest masa, jest kasa". Trzeba mieć dużo, nieważne jakiego szrotu, byle dużo. Inna sprawa, że sortownie też nie są bez winy. Ciężko znaleźć ofertę na jakościowe jabłko. Nie ma różnicowania cen ze względu na jędrność czy poziom wybarwienia. Nieuczciwość sortujących to prawdziwa plaga naszego sadownictwa i naprawdę należy jej się osobny artykuł. Tutaj zaznaczę tylko, że jeśli każdemu prawie dostawcy, z palca wpisuje się około 20% przemysłu, niezależnie od tego co dostarczył, to uczy się ludzi, żeby rwali do skrzyń naprawdę wszystko. Logicznie rozumują wówczas, że "skoro i tak mi odrzucą 20% na przemysł, to niech tam faktycznie będzie 20% przemysłu". Oczywiście dochodzi kwestia marketów, które akceptują różny szrot. Przecież sortownia sortuje tak, jak market sobie zamówił. Jasnym jest, że te podmioty nie są zainteresowane jakością polskiego jabłka i nikt na nich nie wpłynie. Jednak oznacza to, że musi się wykrystalizować grupa sadowników, która będzie produkowała towar na eksport oraz towar na markety. Trzeba te dwa kanały dystrybucji owoców oddzielić. Skoro markety chcą handlować byle czym, to niech dostają byle co. Nie jest to dobra droga, ale żadnego wpływu na markety nie mamy i mieć nie będziemy. Natomiast grupa sadowników oraz związanych z nimi firm handlowych, które chcą produkować na eksport (mam tu na myśli wysyłki na dalsze rynki niż Białoruś) musi zmienić tryb postępowania. Trzeba zainwestować naprawdę w poprawę poziomu produkcji. Produkcja Gali Royal czy Red Deliciousa z niską jędrnością mija się z celem. Co nam po Gali z jędrnością 6 kG już we wrześniu? Gdzie to może dojechać? Do Czech? Albo ekstra, albo wcale.

Są takie elementy składowe jakości, na które mamy niewielki, bądź nie mamy wcale wpływu. Jednak na rozmiar i kolor wpływ mieć możemy. Przerzedzanie jest trudne, drogie, ale chyba niezbędne, jeśli chcemy produkować towar w klasie ekstra. Zabieg ten warunkuje wielkość owoców, jednolitość rozmiarową i ma niebagatelny wpływ na wybarwienie. Wszystkie wymienione cechy to istotne elementy jakości. W naszym kraju kuleje też zbiór owoców. To bardzo istotny moment w sezonie produkcyjnym, podczas którego to staramy się wycisnąć maksimum jakości z naszych jabłek, by zepsuć sobie wszystko podczas zbioru. Jedna z polskich agencji pracy, wysyłająca pracowników na zbiory do Holandii, wypuściła kilka lat temu, film instruktażowy dla swoich podopiecznych. Film, w którym wyjaśniała zasady zbioru, sposób chwytania owoców, ich odrywania od pędów oraz umieszczania w skrzyniach. Banalne, prawda? Niestety większość polskich sadowników nawet nie robi wstępnego szkolenia z techniki zbioru jabłek, uznając, że "no to ktoś nie wie, jak się jabłko zrywa?". Odciski to prawdziwa plaga polskich owoców. No i brak ogonków. Może to dla niektórych jest nowa wiedza, ale naprawdę ogonek jest integralną częścią owocu. Dobrze by było, aby był. Nawet normy europejskie określają dopuszczalną ilość braków ogonków klasie ekstra. Warto by było, żeby sadownicy się z tymi normami zapoznali. Sadownicy nie znają tych norm, wymogów rynku, bo są od tego rynku oderwani. Ich udział w handlu kończy się na dostawie jabłek do sortowni. Te ostatnie powinny bardziej angażować sadowników w proces sprzedaży, przekazywać im wytyczne od odbiorców, wymagania i preferencje jakie oni stawiają. Produkcja owoców wysokiej jakości to proces trudny, DROGI i długotrwały. Zaczyna się wiosną a kończy się na zbiorach. Przez cały ten czas trzeba wydatkować niemałe na to pieniądze i ogrom pracy własnej. Toteż sadownik musi mieć pewność tego, co ma wyprodukować oraz ile za to dostanie. Amerykańskie agencje handlowe przed startem sezonu już mają podpisane umowy na dostawę jabłek po zbiorach, z takimi umowami idą do sadowników i zamawiają towar o określonych parametrach. Wówczas wszystkie podmioty handlu są pewne, że oraz ile zarobią na tym biznesie. Sadownik jest pewny jakie jabłka ma wyprodukować. Dlaczego w USA sadownicy sięgają po kosmicznie drogie środki oparte na AVG albo na 1-MCP? Bo wiedzą, że im się to opłaci.

Można by jeszcze długo mówić o produkcji jabłek wysokiej jakość, co tylko potwierdza jak trudna i droga jest to sztuka. Ale kto powiedział, że ma być łatwo i tanio? Może właśnie dobrze, że nie będzie łatwo i tanio?

Powiązane artykuły

Niedobór jabłek na holenderskim rynku