„Koktajl pestycydowy” w jabłkach – jak media kreują panikę
Ostatnio polskie media przedrukowały artykuł z angielskiego „The Guardian” na temat raportu organizacji PAN Europe o pestycydach w jabłkach. Jak zwykle zabrakło odpowiedzi ze strony organizacji branżowych w naszym kraju. Jednak o braku odpowiedzi zaraz, ale najpierw przedstawię Państwu ten raport i jego tezy.
Organizacja PAN Europe to stowarzyszenie różnorodnych fundacji i stowarzyszeń ekologicznych z całej Europy, nie tylko z UE. Finansowana jest częściowo z pieniędzy unijnych i składek członków, a także z „działalności konsultingowej”. We wrześniu 2025 roku, na podstawie pobranych próbek, przeprowadzono badania pozostałości pestycydów w jabłkach pochodzących z wielu krajów UE, w tym z Polski.
Niestety, raport nie precyzuje, kto i w jaki sposób pobierał te próbki, wskazując jedynie enigmatycznych „lokalnych partnerów”. Nie wiemy więc, czy byli to fachowi próbobiorcy. Mamy wprawdzie informacje o niektórych sklepach, z których pochodziły próbki, oraz o nazwach odmian, ale żadnej informacji o laboratorium, które przeprowadziło badania. Nie załączono też oryginalnych wyników ani protokołów pobrań. Jest jedynie zapewnienie o natychmiastowym dostarczeniu próbki do analizy i akredytacji laboratorium.
Żaden z autorów przedruków, czyli portale Interia i Business Insider, nie zwrócił uwagi na te braki w raporcie. Za to chętnie powtarzają narrację o „koktajlu pestycydowym”, jaki znaleziono w jabłkach. Zwracam uwagę na to sformułowanie, bo od dłuższego czasu robi ono karierę w mediach i różnych raportach. Ma napawać strachem, budzić podejrzliwość czytelnika i zniechęcenie – sugerując, że w jabłkach znajdują się jakieś mieszaniny „dziwnych” substancji, których skutków nie da się do końca przewidzieć.
Zamiast pisać wprost i czytelnie, że znaleziono jedną, dwie czy pięć substancji, mówi się o „koktajlu”. A co tam wykryto? Różnorodne substancje, które są całkowicie legalne i dopuszczone do stosowania w UE. Wykryto kaptan i acetamipryd, nazywane „najbardziej kontrowersyjnymi” substancjami w UE, a także inne, jak boskalid. Oczywiście dalej mówimy o poziomach poniżej limitów prawnych. Chcę jednak podkreślić, że w całym raporcie nie chodzi o wykrycie jakiejkolwiek nieprawidłowości prawnej. Autorzy raportu cały czas posługują się normami wykrywalności i oznaczania, a nie normami dopuszczalnych pozostałości.
Ciekawe są też rekomendacje dla społeczeństwa na końcu raportu: jedz jabłka ekologiczne od lokalnego rolnika, napisz do polityków, posadź własne drzewko jabłoni. Choć autorzy przyznają, że produkcja ekologiczna jest droższa, rzekomo kupowanie jej na lokalnych targowiskach ma być tańsze. Natomiast sadzenie jabłoni koło domu ma dawać piękne kwiaty wiosną i zdrowe jabłka. Oczywiście jedno i drugie to bzdury.
W raporcie padają też kuriozalne stwierdzenia o średnio 30 zabiegach pestycydami w ochronie jabłoni. Zwracam uwagę, że nie ma tam odwołań do prawnych limitów pozostałości, tylko do granic wykrywalności i oznaczania. Jednocześnie przytacza się prawne limity pozostałości w żywności dla dzieci i epatuje skalą ewentualnych przekroczeń. Sposób przedstawienia wyników, używany język oraz posługiwanie się wynikami oznaczalności pozwala mi sądzić, że nie jest to rzetelny głos w dyskusji, lecz kolejna próba szkalowania żywności europejskiej.
I teraz jedno pytanie: dlaczego na to nie odpowiadamy? Dlaczego nasze organizacje branżowe nie podejmują polemiki z takimi raportami i artykułami w Business Insider czy Interii? Od dłuższego czasu konsumentom mąci się w głowach różnymi dziwnymi treściami, podważającymi zaufanie do polskich owoców (tu przypomnę tylko słynny raport Fundacji Pro-Test, który zyskał medialną sławę, ale okazał się gniotem bez podstaw – nawet Sanepid zdystansował się od ustaleń Pro-Testu), a z naszej strony nie ma żadnej reakcji. Ciągle chowamy głowę w piasek i nikt nie próbuje prostować tych bzdur, którymi karmieni są konsumenci.
W Holandii, kiedy stacja RTL podała, że czereśnie były opryskiwane glifosatem w celu zwalczania muszki plamoskrzydłej, ze strony firm handlowych oraz zrzeszeń producentów popłynęły gromy na stację i redaktora. Branżowy Facebook żył tym oburzeniem przez jakiś czas, a konsumenci usłyszeli sadowniczą narrację prostującą takie brednie.
O nas można powiedzieć i napisać wszystko – nikt tego nie zdementuje, nikt nie wyjaśni ludziom. Mamy różne organizacje branżowe, zrzeszenia firm handlowych i producentów, ale nikt nie chce zająć się obroną produktów, na których wszyscy zarabiamy.
Sadownicy polują
-
Uszkodził kilkanaście ambon myśliwskich. Usłyszał zarzuty
Siedem zarzutów dotyczących uszkodzenia mienia i narażenia osoby na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty...
-
Sadownicy polują: Polscy myśliwi padają ofiarą agresji?
Taka teza pojawia się w artykule pt. „O agresji wobec myśliwych” autorstwa prof. dr hab. Dariusza...
-
Sadownicy polują: Czy godzi się zabijać zwierzęta dla trofeów?
Stosunek większości Polaków do zabijania dzikich zwierząt przez myśliwych jest taki, że działanie to...
Najnowsze artykuły
- Śnieg, mróz i gołoledź – jaka pogoda czeka nas w tym tygodniu?
- “Pies w zagrodzie” i KROPiK – nowe programy wspierające schroniska dla zwierząt
- „Koktajl pestycydowy” w jabłkach – jak media kreują panikę
- Polska napędza intensyfikację produkcji jabłek w Europie
- Stabilny eksport i kontrolowane zapasy
- Rusza nabór wniosków o zwrot podatku akcyzowego za paliwo rolnicze
- Pierwszy krok do podniesienia żyzności gleby


Komentarze