Cena minimalna – kamień u szyi sadownictwa?

Co jakiś czas przejawia się w wypowiedziach polityków (to zrozumiałe), związkowców oraz sadowników (to akurat niezrozumiałe). Przez niektórych zwolenników przedstawiana jest jako zbawienie polskiego sadownictwa, remedium na wszelkie jego problemy i gwarancja godziwych zysków z produkcji. Mowa o cenie minimalnej za jabłka.

Do końca nie wiadomo, czy to ma być minimalna cena za jabłka deserowe czy też przemysłowe, tak czy siak będzie kamieniem u szyi naszej branży. Nie bardzo też sobie wyobrażam, jak to wprowadzić, kto miałby taką cenę ustalać? Rząd? Minister właściwy dla rolnictwa? Resort gospodarki? Może sami sadownicy? Przez głosowanie (będzie ładnie, demokratycznie)?

Jak nie byłaby ona ustalana, jest rozwiązaniem złym. Opis przypadku klinicznego: mam sąsiada, uprawia warzywa oraz zboża na kilkunastu hektarach. Od kilku lat przechodzi jednak na sadownictwo. Nie ma opryskiwacza sadowniczego, bo produkuje owoce przemysłowe. Właściwie to natura je produkuje, bo on tylko zbiera opadłe jabłka, ewentualnie potrzącha drzewem, aby szybciej spadły. Od kilku lat, co roku kupuje na targowisku kilkaset drzewek, sadzi je systematycznie i wytrwale. Dopytywałem go o logikę jego rozumowania, o argumenty przemawiające za zakładaniem sadu przy braku wiedzy, umiejętności i maszyn sadowniczych. Odpowiedział: żyto da mi kilka ton z hektara, sprzedam je po kilkaset złotych, maksymalny przychód to 2500 zł/ha, natomiast hektar sadu to minimum 15 ton jabłek, nawet przy braku pryskania, jeśli je sprzedam po 30 groszy to mam 4500 zł/ha przychodu. Logika w tym jest. On ma rację. No i teraz zastanówmy się co się stanie, gdy wprowadzimy cenę minimalną na jabłka. Jeśli cena przemysłu będzie zagwarantowana na poziomie 30 groszy to takich sadów powstanie multum. Każdy skrawek ziemi zostanie obsadzony jabłoniami. Każdy rolnik, który ma malutkie areały (a takich jest w Polsce ogrom) będzie wolał posadzić taki sad niż posiać zboże. Cena minimalna na przemysł to gwarancja powstania prawdziwych lasów jabłoniowych w Polsce. Jaki będzie wpływ takiej ceny na deser? Też tragiczny. Produkcja deseru o niskiej jakości wzrośnie. Argument będzie następujący: jak się sprzeda na deser to dobrze, a jak nie to będzie na przemysł, który mi i tak gwarantuje cenę minimalną więc produkuję, ile się da. Efekty będą katastrofalne.

Oczywiście tak będzie 2-4 lata. Potem zacznie się nadprodukcja i kolejki do skupów, całowanie po rękach skupowych, aby wzięli owoce od tego a nie tamtego sadownika. Pamiętamy rok 2018 i nocowanie w kolejkach na skupy, spuszczanie sobie powietrza z kół przyczepek, itd. Cena minimalna na przemysł to gwarancja takich obrazków co roku. Upodlenia i upokorzenia sadowników. Modlenia się o przymrozki albo o "zimę stulecia". Oczywiście po maksymalnie czwartym roku zaczną się bankructwa, jednak będzie to proces długi i bolesny. Ponieważ, akurat ci, którzy będą takie sady sadzili, to ludzie dość odporni na ekonomikę, mogą dużo wytrzymać. Oni nie dostrzegą związku między swoją tragiczną sytuacją a cenami minimalnymi.

W rozmowach ze zwolennikami cen minimalnych padają argumenty o limitowaniu produkcji jabłek, aby uniknąć scenariusza opisanego powyżej. Powstała by wówczas kasta sadowników, jedynych uprawnionych do produkcji tych owoców. Coś na wzór kwot mlecznych. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że kwoty mleczne się nie sprawdziły. Właśnie argument o nieskuteczności był tym, który zdecydował o ich likwidacji. Do tego dochodzi aspekt moralny. Jakim prawem ktoś może innemu człowiekowi zabraniać zajmować się legalną działalnością? To, że istnieją branże regulowane, gdzie koncesja jest wymagana, to nie znaczy, że jest to moralnie dobre. Limitowanie produkcji i gwarancja ceny, to ustabilizowanie branży. Będzie to polegało na tym, że ci którzy mają teraz dużo, dalej będą mieli dużo i nie pozwolą się dorobić tym, którzy mają mało. Czy dokładnie tego chcemy?

Powiązane artykuły

A kto umarł, ten nie żyje

Pogoda – wróg czy sprzymierzeniec sadowników?

Sadowniczy patriotyzm