Sadowniczy patriotyzm

Nie wiem czy wszyscy czytelnicy pamiętają, lecz jakiś czas temu informowaliśmy my oraz inne media w Polsce o pomyśle na jaki wpadli czescy politycy. Mianowicie chcieli oni, aby 55% oferty spożywczej sklepów w Czechach stanowiła rodzima produkcja. Ile wtedy głosów się podniosło, również w naszym kraju, chwalących czeską mądrość i przezorność. Oczywiście bardziej świadoma część naszej społeczności sadowniczej patrzyła z politowaniem na te głosy, pamiętając wszakże, że czeski pomysł stoi w sprzeczności z traktatami unijnymi. Chociaż w UE różne dziwne konstrukcje prawne widzieliśmy, to dominacja zachodnich sieci handlowych w tym kraju, pozwalała sądzić, że "bezstronne i obiektywne" unijne sądy zaraz zastopują czeskie zapędy.

Czesi nie czekali na wyroki sądów i odstąpili od swego pomysłu. Ponieważ pomysł ten szedł w poprzek wielkim korporacjom z Zachodu, to było wiadomo, że UE nie pozwoli na jego wdrożenie. Oczywiście to źle, że UE chroni korporacje zachodnioeuropejskie, ale to dobrze, że chroni wolny rynek. Czeskie idee miały być wzorcem dla innych naśladowców, niektórzy polscy politycy apelowali o podobne rozwiązania u nas. Nawet niektórzy polscy sadownicy wyrażają nadzieję, na wprowadzenie u nas takich rozwiązań. Jest to o tyle dziwne, że akurat sadownictwo (a i szerzej całe rolnictwo), to te branże, które najwięcej korzystają na wolnym handlu. Polskie sadownictwo stoi eksportem jabłek a polscy sadownicy wierzą jeszcze w zwiększenie tego eksportu. Przecież ten wszystkie nasadzenia Gali raczej nie są na nasz rynek wewnętrzny? Jakiekolwiek przeszkody w wolnym handlu odbijają się szybko na cenach jabłek. Przykład rosyjskiego embarga jest znamienny i wielokrotnie sprawdzany. Wolny handel przynosi nam pieniądze a jakiekolwiek jego ograniczenie nam je zabiera. Akurat nasz branża powinna być największym promotorem swobody wymiany. W stosunkach międzynarodowych obowiązuje zasada wzajemności, tzn.: każdy nasz gest wobec innych spotka się z adekwatną odpowiedzią z tamtej strony. Dlatego dla naszego eksportu, dla naszego handlu, dla naszych dochodów są wielkim zagrożeniem wszystkie akcje bojkotu, niechęci do importowanych produktów. One zawsze się spotykają z odpowiednimi reakcjami ze strony "poszkodowanych" państw a ponieważ więcej eksportujemy niż importujemy żywności, to mamy więcej do stracenia niż zyskania na takim pseudo patriotyzmie gospodarczym. Najbliższy pełnej autarkii jest model gospodarczy Korei Północnej.

Kiedyś miałem dyskusję o celowości zakupu importowanych drzewek, skoro na rynku są dostępne polskie. Padł tam argument o "patriotyzmie zakupowym". Widzicie Państwo, ja uważam się za gorącego patriotę, ale gdy słyszę takie argumenty, to krew się we mnie gotuje. O ile drzewka mają podobną jakość i cenę, to argument o rodzimym pochodzeniu może mieć jakiś sens. Jednak prawdziwym patriotyzmem nie jest "kupowanie tylko tego co polskie", lecz budowanie siły naszych gospodarstw. Nawet jeśli ta siła będzie zbudowana na importowanych drzewkach. Taki wymuszony patriotyzm gospodarczy mieliśmy w PRL. Polacy musieli kupować Polonezy i Fiaty. Pamiętacie na jakim poziomie były Polonezy w 1990 roku a na jakim Volkswageny czy Ople? Właśnie z powodu patriotyzmu sadownicy mają kierować się jakością drzewek a nie ich pochodzeniem. Właśnie z powodu patriotyzmu sadownicy mają trzymać się z daleka od wszelkich bojkotów konsumenckich importowanej żywności. Sadownicy w swoim dobrze pojętym interesie mają kupować najlepsze drzewka, żeby osiągać najlepsze plony, niezależnie skąd te drzewka pochodzą. Dzięki temu będziemy mieli silne i efektywne gospodarstwa zdolne do konkurowania z najlepszymi na świecie. Szkółkarze polscy nie są niedojadami. Potrafią produkować dobre drzewka i tym lepsze będą produkować im bardziej importowana konkurencja będzie im deptała po piętach. Najlepszy patriotyzm to wysokie zyski patriotów a te gwarantuje tylko wolny rynek.

Powiązane artykuły

A kto umarł, ten nie żyje

Pogoda – wróg czy sprzymierzeniec sadowników?

Nie wszyscy boją się nadprodukcji