Eko szaleństwo UE

Kilkanaście lat temu nasz kraj wszedł do Unii Europejskiej, w zasadzie to do Wspólnot Europejskich a nie UE, sama Unia powstała dopiero troszkę później. Większość głosujących opowiedziała się za akcesją w referendum, które było nic nie znaczącą szopką, bo decyzję o wejściu podjął de facto Sejm. Jednak referendum dość dobrze oddawało ówczesne nastoje naszego narodu, które sprzyjały integracji i dalej UE jest pozytywnie odbierana w naszym społeczeństwie. Rolnicy i mieszkańcy wsi wykazywali ciut mniejszy entuzjazm, ale i tak większość z nas popierała akces.

Dziś jednak widzimy, że wejście do Unii ma również negatywne skutki, szczególnie dotkliwie odczuwają to rolnicy. Bruksela jest opanowana przez lobby zwane ekologicznym, choć z samą ekologią to lobby ma niewiele wspólnego. Zastanówmy się my sami – sadownicy – czy obecność w UE nam się dalej opłaci czy jednak już nie? A może jeszcze się opłaci, ale opłacalność spada? Jaki punkt będzie tym Rubikonem, po przejściu którego będzie można wprost stwierdzić, że teraz już tylko wyjście z UE nas uratuje?

Poważnym problemem naszego członkostwa jest dla sadownictwa polityka "ekologizacji" rolnictwa, której istotnym aspektem jest stałe ograniczanie dostępu do środków ochrony roślin. Z palety substancji co rusz są wykreślane kolejne a rolnicy i sadownicy zastanawiają się, gdzie jest granica tych wykreśleń? Czy Bruksela dąży do wykreślenia wszystkiego? Mamy w ogóle odejść od stosowania pestycydów? Tylko jaki jest w tym sens i logika? Podczas gdy my gimnastykujemy się, aby sprostać kolejnym idiotycznym ograniczeniom to Bruksela podpisuje umowę o kontyngentach bezcłowych dla produktów rolnych z Ukrainy, gdzie rolnicy mają dostęp do zupełnie innej palety środków ochrony albo umowę o wolnym handlu z MERCOSUR (strefa wolnego handlu w Ameryce Południowej), w której wprost się mówi, że UE ma tam wysyłać niemieckie i francuskie samochody a oni nam mięso wołowe i produkty roślinne. Czy celem Unii Europejskiej jest przerobienie wsi na skanseny i rozwój agroturystyki na całym jej obszarze?

Oczywiście my możemy podołać różnym ograniczeniom wymyślanym przez biurokrację i całkiem dobrze nam to idzie, może dlatego, że mamy doświadczenia z radosną twórczością rodzimych gigantów intelektu pracujących w urzędach? PRL i III RP nauczyły nas radzić sobie z obchodzeniem przepisów. Jednak to wymaga czasu i pieniędzy oraz gigantycznego wysiłku intelektualnego. Mnóstwo pracy tylko po to, aby coś ominąć. Tylko po co? Po to by być UE? Co my z tej obecności mamy? Dostęp do rynku unii celnej. To jest podstawowy plus naszej obecności. No i dostęp do dotacji.

Dostęp do rynku to najważniejsza wartość członkostwa w UE. Aczkolwiek: 1) czy my faktycznie aż tak bardzo z tego korzystamy? 2) czy trzeba być w UE, aby mieć dostęp do jej rynku?

Kto jest największym odbiorcą polskiego jabłka? Białoruś i Egipt. Potem Kazachstan, Rumunia, trochę Czechy, Niemcy, Indie i Hiszpania oraz Holandia. Jednak dwa pierwsze kraje biją resztę na głowę. Znamienny jest tu przykład Egiptu, który to kraj jest oknem na cały region. Egiptem na dobre zainteresowaliśmy się po rosyjskim embargu z 2014 roku. Dziś polscy sadownicy sadzą odmiany, które mają podbić rynki Afryki i Azji, to znamienne. Nie chcemy podbijać rynku niemieckiego czy francuskiego, ale kraje pozaunijne. Zachód naszych jabłek nie chce, jednak z chęcią nakłada na nas liczne ograniczenia w ich produkcji. Mamy z trudem spełniać unijne, stale podnoszone normy, ale produkcji naszej nie chcą. Chyba, że w Holandii jest nieurodzaj, to wtedy trochę kupują. Najwyżej mamy kupować ich gruszki, przysyłane tu masowo, szczególnie w drugiej połowie sezonu. Kraje Starej Unii nie chcą naszych owoców, myślimy więc o eksporcie do Indii, Chin, Wietnamy czy krajów Zatoki Perskiej. Jednak musimy spełniać co raz mniej logiczne spinające się zakazy i nakazy Brukseli, które to utrudniają nam produkcję i podnoszą jej koszty. Jednocześnie austriackie, niemieckie czy holenderskie firmy inwestują masę pieniędzy w produkcję na Ukrainie, skąd (w ramach tych bezcłowych dostaw) potem kraje te importują żywność, produkowaną w innych normach, warunkach i reżimie niż w UE.

Nie trzeba być członkiem Unii, aby mieć dostęp do jej rynku, czego dowodzi przykład Islandii czy Norwegii. Choć gdybyśmy z niej uciekli, to raczej by nas potraktowano jak UK i kazano słono zapłacić za możliwość sprzedaży jabłek do Unii. Jednak dla nas dostęp do tego rynku nie jest aż tak atrakcyjny, bo naszych jabłek i tak tam nie chcą! My i tak sadzimy Red Deliciousa i Galę Royal na eksport do Azji czy Afryki. Siłą UE powinna być wspólna polityka handlowa. Jednak jak wygląda wspólnotowość tej polityki, to popytajcie przedstawicieli PIORIN-u, którzy próbowali skorzystać z francuskich doświadczeń podczas otwierania dostępu do rynku chińskiego. Zostali spławieni przez naszych partnerów z UE (Francja) i widziano w nas rywala a nie członka unijnej rodziny.

Unia daje nam szeroki dostęp do dotacji i daje dopłaty obszarowe. Akurat ten temat jest najbardziej drażliwy. Dopłaty obszarowe to prawdziwa patologia polskiego rolnictwa. Dla prawdziwych rolników mają niewielkie znaczenie w budżecie gospodarstwa, ale za to dają szansę zarobić wszelkiej maści cwaniakom: od "plantatorów" orzecha włoskiego sadzonego 14x14 metrów po dzierżawców łąk nad Narwią, gdzie gnieżdżą się cenne przyrodniczo gatunki ptaków i dostaje się sowite dopłaty za nic nie robienie na tych łąkach. Cena ziemi rolnej jest wysoka, bo dopłaty nie skłaniają do jej sprzedawania. Nie dają również one zwalczyć szalonego rozdrobnienia polskiego rolnictwa, bo niewielu chce sprzedawać grunt, do którego państwo dopłaca. Patologii zrodzonych z systemu dopłat można by utworzyć całą listę a i tak chyba wszystkich byśmy nie wymienili. A poza tym my i tak otrzymujemy dopłaty niższe niż rolnicy w UE-15!

Natomiast dopływ kapitału w postaci dotacji celowych na rozwój rolnictwa wydatnie zmienił obraz polskich gospodarstw. Inna spraw, że też zwiększył ich zadłużenie w bankach. Jednak dostęp do tego kapitału dał impuls do zmian w naszej branży, nie zawsze dobrze go wykorzystywaliśmy, ale bez niego byłoby nam naprawdę trudniej. W naszej branży po prostu nie było aż takich pieniędzy przed akcesją, mimo, że naprawdę dobrze zarabialiśmy na handlu z Rosją. Złote czasy sadownictwa zaczęły się, gdy połączyliśmy dostęp do unijnego źródełka pieniędzy z oceanem możliwości zbytu jabłek w Rosji. Od oceanu już zostaliśmy odcięci, ale za unijne pieniądze zmieniamy nasadzenia dalej, jednak niedługo i to źródełko chyba nam wyschnie. Nie da się ukryć, że UE ma inne priorytety niż rolnictwo i planuje następne dotacje na inne cele niż modernizacje gospodarstw. Będzie coraz mniej środków na zakupy maszyn i tworzenie sadów a tego nam jeszcze brakuje, aby mieć poziom nasycenia techniką taki jak na Zachodzie i odmiany zbywalne na światowe rynki.

Podsumowując – my już wiemy, że produkcję musimy kierować na inne niż unijne rynki, lecz do tej pory dobrze nam służyły unijne pieniądze, które powoli się kończą. Natomiast unijna polityka klimatyczna staje się dla nas ciężarem, który ogranicza nasze możliwości konkurowana na światowych rynkach. Jakże my mamy stawać w szranki z owocami z Nowej Zelandii, RPA czy USA, gdzie normalnie można pryskać sady kaptanem czy ditianonem a nam próbują to odebrać?

Powiązane artykuły