W trudnych czasach, jakie nastały w branży, sadownicy dostrzegają, że produkcja surowca jakim są jabłka, staje się coraz mniej opłacalna. Trzeba szukać innych rozwiązań zwiększania rentowności swoich gospodarstw niż prosta zwyżka plonów, bo rynek jest nasycony i nowych jabłek po prostu nie ma kto kupić. Zamiast przyglądać się krajom Europy Zachodniej i kopiować ich wzorce, które doprowadziły do upadku wielu tamtejszych producentów jabłek, warto zerknąć na kraje, które poradziły sobie z kryzysem i wyciągnąć wnioski z ich rozwiązań.

Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę, że producent surowca ma najmniejszy udział w podziale końcowej ceny owoców ze sklepowej półki. Z ceny 2 zł/kg, w jakiej sklepy sprzedają jabłka, tylko około 0,50 zł/kg trafia do kieszeni sadownika. Podobnie jest  w innych branżach i krajach. Można się na to obrażać, jednak raczej nikomu do tej pory nie udało się przełamać tej zależności.  Trudno też przypuszczać, aby sadownicy sami otworzyli markety, aby tam upłynniać swoją produkcję, więc kwestię ceny detalicznej należy odłożyć na boczny tor i zająć się cenami hurtowymi.

Ostatnio wiele mówi się o Egipcie i zainteresowaniu polskim jabłkiem, jakie płynie z tego kraju. W styczniu wysyłaliśmy tam Idareda w cenie 1,1 zł/kg EXW. Po odliczeniu kosztu opakowania (łuszczka) i sortowania, zostało do podziału 0,80 zł/kg. Sadownicy za jabłka dostawali 0,50 zł/kg. Czy pokrywało to wartość produkcji? Raczej ledwie starczało na pokrycie bieżących kosztów wyprodukowania (opryski, nawozy, robocizna), ale już nie pozwalało na zgromadzenie środków na wymianę nasadzeń czy sprzętu.

Tymczasem w dalekiej Nowej Zelandii, której produkcja nastawiona jest typowo na eksport i to zamorski (głównie Azja Południowo-Wschodnia) sadownicy poradzili sobie z kryzysem w produkcji jabłek, który dopadł ten kraj kilka lat temu.  Tamtejsze gospodarstwa dzielą się na dwa typy: duże, w pełni sprofesjonalizowane, wyposażone w sortownie oraz małe, gdzie producenci często imają się dodatkowych zawodów, a swoje jabłka odsprzedają dalej w niesorcie. Ta pierwsza grupa to główny trzon nowozelandzkiej produkcji. Zdecydowali się na oferowanie gotowego produktu, który ląduje na sklepowych półkach, a nie tylko surowca. W ten sposób przejęli dla siebie marżę pośrednika. Nie jest to z pewnością łatwe – trzeba nie tylko dbać o produkcję w sadzie, ale również zajmować się handlem.

Ma to jednak niepodważalne plusy – taki producent jest blisko rynku i błyskawicznie reaguje na zmiany i tendencje, jakie na nim zachodzą. Nowa Zelandia kreuje nowe odmiany o bardzo wyśrubowanych poziomach cukru, bo rynek azjatycki takich owoców oczekuje. Sadownicy wiedzą, o co pytają importerzy i podążają za gustami klientów. Podczas gdy my sadzimy Galę, oni uznali ją za mało słodką i szukali nowych rozwiązań czego owocem stały się nowe odmiany (nota bene Gala także pochodzi z Nowej Zelandii), o dużo wyższej zawartości cukru. To właśnie krótki dystans od konsumenta do sadownika pozwolił tak szybko zareagować na oczywisty i powszechnie znany fakt, że w Azji je się bardzo słodkie jabłka.

Wiodące gospodarstwa stały się jednocześnie sortowniami i eksporterami uważając, że tylko oferowanie gotowego produktu jest w stanie zapewnić rentowność produkcji jabłek. Oczywiście na rynki azjatyckie nie trafiają jabłka wysortowane w rozmiarze +70 mm, 13 kg luz w kartonie otwartym (tak jak to kiedyś u nas szło na Wschód), lecz zapakowane w wytłoczki, w buszlu, o jednolitych parametrach jakościowych. Sortownie jakie posiadają tamtejsze gospodarstwa to profesjonalne maszyny, pozwalające przygotować produkt dla wymagającego, bogatego konsumenta z Singapuru, Malezji, Indonezji czy Hongkongu.

Trzeba uczciwie przyznać, że nie wszystkie gospodarstwa w Nowej Zelandii przetrwały ostatni kryzys. Wiele upadło, właściciele mniejszych szukają również pracy poza nimi, dalej sprzedając swoje jabłka jako niesort do większych podmiotów. 

Gdyby dziś cena za owoce Idareda była na pozimie 0,80 zł/kg sadownicy nie mieliby większych powodów do narzekań, a przecież taką cenę można dziś uzyskać oferując gotowy produkt, zamiast surowiec do obróbki.

Im więcej ogniw w łańcuchu dostaw między producentem a konsumentem, tym mniej producent dostaje pieniędzy. Ten mechanizm działa we wszystkich branżach, nie tylko w sadownictwie. Skracanie tego łańcucha jest powszechną metodą producentów na osiąganie wyższych zysków z własnej działalności.

Teoretycznie taką funkcję miały pełnić u nas grupy producentów owoców, jednak w wielu przypadkach działają raczej jak firmy handlowe. To jednak odrębny temat.

 

Najnowsze komentarze

Ostatnie ogłoszenia