Zbyt małe odszkodowanie za straty w sadzie? Walcz z ubezpieczycielem!

Z racji zbliżających się szacunków szkód w sadach, przypominamy niedawno publikowany artykuł:

Jak postępować, jeśli nie jesteśmy zadowoleni z wyceny szkód w sadzie? – Najważniejsze, aby nie dać sobie wmówić ubezpieczycielowi, że kwoty, które proponuje są wystraczające. Z mojego doświadczenia wynika, że walka z ubezpieczycielami jest jak najbardziej skuteczna – mówił adwokat Marcin Markowski na VI Konferencji Sadowniczej Ziemi Chynowskiej.

Co robić w przypadku, kiedy nasze szkody szacowane są na 90 %, a w momencie wypłacania okazuje się, że ubezpieczyciel jest gotów zwrócić nam za 40 – 45 % strat i twierdzi dodatkowo, że ta suma powinna być dla nas zadowalająca? – Jeśli ktoś ma sad ubezpieczony na 200 tys. zł. i do wypłacania będzie 90 tys., to kwota ta powinna, według ubezpieczyciela, nas zadowalać. Ale Państwo płacicie składkę od 200 tys., i skoro szkody są na poziomie 90 %, to powinniście oczekiwać wypłaty na poziomie 180 tys. zł – alarmował adwokat.

Pan Markowski zwracał uwagę, że sadownicy powinni reagować i nie czekać. – Rzeczoznawca najczęściej gra rolę „dobrego wujka”. Jednak należy być czujnym, bo bardzo często, taka osoba wybiera kwaterę, czy fragment sadu, gdzie szkoda jest mniejsza. Potem trudno wykazać przed sądem, jaka ona była w rzeczywistości. – Przy dużych szkodach, czy to mrozowych, czy gradowych, radzę zabezpieczać się samodzielnie – mowa tu o wynajęciu biegłego sądowego, które nie będzie dużym finansowym kosztem, a zapewni posiadanie twardych dowodów na ewentualną walkę z ubezpieczycielem – mówił.

Ubezpieczyciel bardzo często wykłada pewną pulę pieniędzy i poucza, że w wypadku niezadowolenia istnieje możliwość wytoczenia procesu. Natomiast sam proces rozpoczyna się rok, półtora od całego zdarzenia, i nagle okazuje się, że nie wszyscy pamiętają szczegóły, że nie posiadamy dokumentacji, a biegły, który jest powoływany przez sąd, stwierdza niemożność oceny przez brak dokumentów.

– Niektórzy próbują, aczkolwiek jest to ryzykowna sprawa, wnosić do sądu o udzielenie zabezpieczenia poprzez przysłanie przez sąd biegłego i dokonanie wstępnej wyceny szkody. Dlaczego jest to ryzykowne? Po pierwsze, samo rozpatrzenie takiego wniosku przez sąd, który teoretycznie powinien rozpatrzyć go w ciągu 7 dni, najczęściej trwa dłużej i tracicie Państwo czas. Po drugie, możecie spotkać się z odmową sądu, który odpowie, ze takiej czynności można dokonać samodzielnie bez udziału biegłego. I po trzecie, jeżeli jest się już w posiadaniu spisu szkód wykonanego przez biegłego sądowego, następuje ograniczenie czasowe na wystąpienie powództwa. Trzeba się spieszyć – przestrzega Pan Markowski.

Jeśli robimy to na własną rękę, nie ma większych ram czasowych, oprócz klasycznego terminu przedawnienia, który wynosi w takich sytuacjach 3 lata.

W przypadku dużych szkód powinniśmy walczyć z ubezpieczycielami. – Oni będą próbowali, oczywiście, zniechęcać. Pojawiać się będzie często posądzanie o „udział własny” rolnika w szkodach, potem okazać się może, że macie Państwo odliczane pieniądze z tytułu nieponiesionych kosztów. A przecież, jeżeli są uszkodzone jabłka, trzeba je zerwać i opryskać, żeby zabezpieczyć przed chorobami. Poza tym, zbiór jabłek, z których większość jest uszkodzona, wymaga obejrzenia każdego owocu dookoła, co wymaga większego czasu pracy i podczas rwania, jak również sortowania.

Najważniejsze, aby nie dać sobie wmówić ubezpieczycielowi, że kwoty, które on proponuje są wystarczające. Jeżeli różnią się w sposób zasadniczy od szkód, które zostały wyrządzone w gospodarstwie trzeba walczyć. – Z mojego doświadczenia wynika, że walka z ubezpieczycielami jest jak najbardziej skuteczna. Należy jednak pamiętać, aby wykonywać niezbędne czynności związane z dokumentacją bezpośrednio po wystąpieniu szkody. Róbmy SAMODZIELNIE zdjęcia, przy większych szkodach zaprośmy biegłego sądowego, który dokona szacunków. Samo poinformowanie ubezpieczyciela, niczego nie da – podsumowuje adwokat.

 

Powiązane artykuły

Czym kusimy konsumenta?

Przyspieszenie

X