Szkodliwe mity

Na facebookowej grupie poświęconej handlowi owocami pojawił się post z ofertą sprzedaży wiśni. Oferta dotyczyła sprzedaży odmiany Łutówka, zrywanej z ogonkiem, do konsumpcji deserowej. Zaproponowana cena wynosiła 3 zł/kg. No i się rozpętała dyskusja. Ponad 70 komentarz, z których wylewał się hejt na oferentkę za zbyt niską cenę. Zacząłem sobie tak myśleć na ten temat i doszedłem do wniosku, że jesteśmy – jako branża – już w naprawdę żałosnej sytuacji, czego dowodzą te komentarze.

Na chwilę chciałbym abstrahować od tego, czy rzeczywiście Łutówka może już być zdatna do konsumpcji, czy ta odmiana w ogóle nadaje się do jedzenia i powinna być oferowana konsumentom indywidualnym oraz przede wszystkim, od tego czy cena 3 zł jest odpowiednia.

Hejt jest spowodowany nerwami. Przytłacza i przygnębia nas nasza sytuacja rynkowa i nerwowo reagujemy na wszelkie przejawy zbyt niskich cen (niskich w naszym odczuciu). Jest to coś naturalnego i nie ma się czemu dziwić. Jednak uważam, że nawoływania do "trzymania ceny" są idiotyczne, nieetyczne a przede wszystkim nierealne. Panuje u nas mit "chłopskiej jedności", która to, gdy tylko wróci, to spowoduje poprawę sytuacji. W innej wersji tego mitu "gdy wszyscy będą trzymać cenę, to będziemy godziwie zarabiać". To właśnie z obecność w naszej kulturze tego mitu płynie hejt na autorkę wspomnianego ogłoszenia. W nim upatrujemy ratunku w naszej kiepskiej sytuacji ekonomicznej i każdego, kto nie "trzyma ceny" chcemy pogonić.

Dlaczego mówię o zjawisku jedności chłopskiej jako o micie? Mógłby ktoś pokazać choćby jeden przykład zastosowania takiej chłopskiej jedności w przeszłości, który okazał się skuteczny? Zna ktoś taki mit choćby z historii? Może być nawet przykład z literatury? W wiejskiej epopei "Chłopi" taki mit występował? Nie. Takie zwierzę jak "chłopska jedność" nie występuje w przyrodzie. Nie wyginęła ostatnio, ona nigdy nie istniała. Dlatego z przerażeniem obserwuję właśnie upatrywania ratunku w tej chłopskiej jedności, bo skoro ona nie istnieje, to przecież ratunek nie przyjdzie....

W strategiach zarządzania przedsiębiorstwami dróg wyjścia z trudnej sytuacji, na rynku z przewagą podaży nad popytem, upatruje się w ekspansji na nowe rynki zbytu albo zwiększenia marży. Jeśli dany produkt na rynku lokalnym czy krajowym jest zbyt tani, to trzeba próbować go sprzedawać gdzieś indziej albo jakoś inaczej. Wiara w to, że się wszyscy umówimy i poniżej pewnej ceny owoców nie oddamy jest ułudą. Niewielu z nas – producentów – ma dużą płynność finansową, niewielu może sobie pozwolić na wstrzymywanie sprzedaży aż kupujący podniosą cenę. Większość branży ma ogormne kredyty, do tego dochodzą bieżące rachunki, wydatki na produkcję oraz zwykłe, codzienne życie, które staje się co raz droższe. Sądzę, że wielu by nawet chciało czekać ze sprzedażą, ale nie może sobie na to pozwolić. Jak wiadomo wymuszona sprzedaż zawsze przynosi najniższe marże, a jeśli na rynku gros producentów jest zmuszonych do sprzedaży, aby cash flow w ich domu się nie zawalił, to....  no sami rozumiecie. Przecież ci sadownicy nie napiszą do dostawcy prądu czy do banku "teraz to nie zapłacę rachunku, bo czekam na lepszą cenę jabłek".

Hejt i nerwy w komentarzach pod postem oferentki Łutówki za 3 zł, są wyrazem desperacji producentów i braku u nich wiedzy i umiejętności wybrnięcia z sytuacji rynkowej w jakiej się znaleźli. Czepiają się tej mitycznej jedności jako narzędzia utrzymania ceny, bo nie potrafią inaczej zawalczyć o cenę. Nie potrafią lub nie mogą dotrzeć ze swoimi produktami na inne rynki, gdzie mogliby zarobić więcej. Zostaje im tylko "trzymanie ceny". Łudzą się, że jak tylko "chłopy się zjednoczą i nie dadzą jabłek/wiśni/etc.", to wówczas cena natychmiast skoczy i wróci "normalność". To przykre, jeśli jedynej deski ratunku upatruje się w nierealnym do ziszczenia micie.

Często z pewną dozą powątpiewania patrzymałem na tych sadowników, którzy poszli w ekologię albo w handel detaliczny lub małe przetwórstwo. Mi te alternatywy nigdy jakoś się finansowo nie spinały i zawsze jakieś wątpliwości budziły. Jednak jest to poszukiwanie jakieś całkiem realnej drogi wyjścia z trudnej sytuacji rynkowej. Jednak są i prosperują (nie wnikam jak i na jak długo) gospodarstwa ekologiczne, są i działają gospodarstwa nastawione na sprzedaż detaliczną, można też spotkać przetwory z gospodarstw na sklepowych półkach. Także te drogi wyjścia nie są mitem, da się tak działać i komuś się to może udać. Natomiast mitem jest jedność i "trzymanie ceny". Ja nie mam żalu ani nie śmieję się z ludzi, którzy w ten mit wierzą. Po prostu konstatuję rzeczywistość, jednocześnie przeraża mnie, że taki ogrom ludzi w to wierzy.

Serce rosło jak na praskich Lipencach widziałem kartony oklejone etykietami polskich sadowników a nie pośredników. Oznaczało to, że są jeszcze ludzie, którzy nie próbują łapać się ułudy i mitów a raczej szukać realnych dróg zwiększenia dochodów, poprzez samodzielny eksport (tu pozdrawiam serdecznie i chylę czoło przed sadownikami z Franopola k. Białej Rawskiej, bo to ich etykiety były na pudełkach). Aczkolwiek to dalej jest garstka z nas, większość dalej wierzy w mity.

           

Powiązane artykuły

Ceny owoców miękkich u pośredników [26.07.21]

Zmowa cenowa na rynku borówki?

Jak to robią w Nowej Zelandii?