Czym się różni jabłko od pomidora?

Pod ostatnim artykułem o trudnościach w zdobyciu czereśni (Bronisze: Gorzki smak słodkich owoców) posypała się lawina komentarzy zarówno na Facebook'u jak i pod tekstem. Były to trzy rodzaje komentarzy: 1) "same se zrób 28+", 2) "racja, nie mamy produktu", 3) "oferta na czereśnie na priv".

Pierwszy rodzaj komentarzy możemy podzielić na dwie podgrupy. Pierwsza to frustraci, którym nie udała się spekulacja jabłkami i negatywne emocje biorą się z niskich ich aktualnie cen albo też czerpią te negatywne emocje z innych źródeł. Grupa ta skupia się raczej na argumentach typu "sam se wyprodukuj". Tutaj nie ma konkretów tylko jest ujście dla żalu i wszelkich negatywnych emocji spowodowanych jakimiś niepowodzeniami. Nawet ciut rozumiem tych ludzi. Druga podgrupa to ci, którzy próbują logicznie i merytorycznie uargumentować, że akurat takiej odmiany nie da się wyprodukować w takim rozmiarze. Niektóre ich komentarze to całe wywody odnoście technologii produkcji czereśni i trudności jakie niesie ona ze sobą. Padają argumenty o trudności w przerzedzaniu, cechach odmianowych, itd. Wszystkie logiczne i merytoryczne, wydaje się przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Drugi rodzaj komentarzy to osoby, które potwierdzają nasze niedostosowanie do wymogów rynku. Najbardziej mnie cieszy, że moje zdanie podtrzymał Pan Emil Natorski. Miałem ten zaszczyt i przyjemność kiedyś poznać Pana Emila i dłuższą chwilę z nim zamieć kilka zdań. Ten gentelman trafił do sadownictwa z innej branży, w której odniósł jakiś sukces ekonomiczny. Udowodnił, że rozumie współczesny świat i potrafi się w nim odnaleźć na tyle, aby jakoś sobie ekonomicznie w nim poradzić. Zainwestował w sadownictwo i prowadzi ten biznes jak inne, odnosząc przy tym jakiś sukces. Panie Emilu, proszę się nie gniewać, że Pana osoba trafiła do artykułu. Chciałem na Pańskim przykładzie pokazać, że warto słuchać opinii ludzi, którzy w życiu coś osiągnęli, udowodnili swoim postępowaniem, że potrafią odnosić jakieś małe zwycięstwa i sukcesy w różnych dziedzinach i zobaczyli trochę innego świata niż sady. Ludzie tacy jak Pan Emil mają szerszy ogląd sytuacji i bardziej prawidłową jej ocenę, bo potrafią spojrzeć na nią pod wieloma kątami, właśnie dzięki temu, że zdobyli gdzieś indziej również doświadczenie, potwierdzone jakimś tam sukcesem zawodowym. Cieszy, że tacy ludzie pojawiają się w naszym środowisku.

Trzecia grupa komentarzy zasługuje na dłuższe omówienie, to ci, którzy pisali pod artykułem "priv" z chęcią nawiązania współpracy i zaoferowania swoich owoców. Podczas gdy inni pisali, że Burlat nie dorasta do 28 mm, oni przysyłali ofertę na Burlata +28 mm albo nawet +30 mm. Inni pisali, że mniejsze opakowania nie mają sensu a oni przesyłali zdjęcia czereśni w pojemniczkach CASI. Podczas gdy większość komentujących mówiła "nie da się" Wy Drodzy Państwo udowadnialiście, że się da. Dlatego CHAPEAU BAS! Nisko się kłaniam, gratuluję i dziękuję. Dziękuję Wam, że udowadniacie, że nasza branża potrafi odpowiadać na wymagania rynku i podążać za zmianami, jakie przynosi rozwój handlu. Jak widziałem ofertę na Burlata +30 mm, to aż byłem dumny z naszych producentów. Dziękuję Wam wszystkim za ogrom Waszej pracy i pomysłowości, dzięki czemu potraficie sprostać współczesnemu światu. Dzięki takim ludziom jak Wy istnieje nadzieja, że nasza branża jednak ma przyszłość.

Ktoś tam w komentarzu zapraszał na Franowo, czyli takie poznańskie Bronisze, gdzie podobno można kupić dobrą jakość czereśni. Generalnie to trzeba przyznać poznaniakom, że w tamtych okolicach nie było problemu z dostępem do owoców o wysokich wymaganiach. Z tamtej strony płynęło zrozumienie dla rozmiaru i formy opakowania. Może to bliskość rynku niemieckiego zmieniła podejście tamtejszych producentów? Rynek ten daje dobrze zarobić producentom czereśni, ale też jest bardzo konkurencyjny i wymaga naprawdę wysokiej jakości.

Wiem, że pisząc kolejny taki artykuł narażam się szerszemu gronu odbiorców. Sadownicy lubią głaskanie, lubią gdy winą za złą sytuację obarcza się: grupy, skupy, przetwórnie, rząd (niepotrzebne skreślić). Natomiast sadownicy nigdy nie są winni. Oni ciężko pracują, starają się jak mogą a to, że nie zarabiają to wina "tamtych", ktokolwiek by to teraz był. Każdy kto mnie zna, wie, że daleko mi do sympatii wobec grup czy skupów i śmiało wytykam patologię naszego modelu rynkowego, czym rozpalam do czerwoności niektórych prezesów i ich akolitów. Jednak nie mam zamiaru twierdzić, że ze strony producentów jest wszytko ok, bo nie jest. Naprawdę byłem przerażony tą wycieczką na Bronisze. Tym bardziej, że przeszedłem również przez alejkę z pomidorami. Wiecie co? Wszystkie owoce spakowane w kartoniki jedno lub wielowarstwowe. Na wytłoczkach lub luzem. Na paletach lub nie. Wiele odmian, wiele rozmiarów. Wybór ogromny i wszystko zapakowane w kartoniki. Eleganckie, z napisami lub gładkie. Z logo producenta lub tylko naklejką. Jednak wszystko zapakowane jak na eksport. Czym różni się jabłko od pomidora? Dlaczego jeden owoc może być w kartonach na paletach a drugi musi być w uniwersalkach wyściełanych papierami?

Tak, tak, wiem – "nie da się". Zawsze się znajdzie sto argumentów, że się nie da, że nikt za to nie zapłaci (ciekawe kto płaci pomidorowcom?), że sklepikarze wolą skrzynki, że kartony mogą zamoknąć (na alejkę z pomidorami nie pada?), że pod dwóch dniach kartony "posiadają" (pod pomidorami nie siadają?) itd. Sadownicy są zawsze bez winy, sadownicy zawsze wszystko robią dobrze, tylko ci źli klienci, grupy, pośrednicy, markety, skupy (niepasujące aktualnie skreślić), oni zawsze nie wiadomo czego chcą i tylko wymyślają, aby chłopu było pod górkę.

           

           

Powiązane artykuły