Jak ratować polskie sadownictwo?

Sytuacja w branży sadowniczej jest na tyle dynamiczna, że nie sposób przewidzieć, jakie wydarzenia będą miały miejsce.

Od momentu wybuchu wojny w Ukrainie polskich sadowników spotyka szereg przykrych konsekwencji – zarówno pod względem zerwania rynku zbytu, jak i wzrostu kosztów produkcji oraz siły roboczej. Podstawowy dylemat sadowników to decyzja, czy przetrzymać jabłka w chłodni czy też sprzedawać je od razu. Wielu decyduje się na handel, co widać na rynku – jabłek jest dużo, a ceny niskie. Jednak przechowywanie też nie gwarantuje wyższych cen sprzedaży – energia drożeje i nie da się przewidzieć, jaka sytuacja będzie wiosną. Kryzys jest spowodowany również brakiem pracowników gotowych do pracy w gospodarstwach. Bez pracowników owoce nie zostaną posortowane, zapakowane, przygotowane do transportu. Może się okazać, że plony nie zostaną zebrane w odpowiednim momencie. Główna nadzieja, geopolityczna, jest taka, że konflikty się zakończą i rynek wróci do normalnego handlu. Jeżeli tak się nie stanie – niestety, liczba gospodarstw mających problemy gwałtownie wzrośnie. Już dzisiaj wielu producentów zastanawia się, czy warto uprawiać niektóre gatunki i odmiany, czy warto inwestować nie mając żadnej gwarancji pokrycia kosztów. Związek Sadowników RP przygotował propozycje działań w zakresie powstrzymania wzrostu kosztów przez zamrożenie kosztów energii elektrycznej, zwiększenie dostępności nawozów oraz generowanie popytu i szukanie alternatywnych miejsc sprzedaży.  

SOKI

– Należy koniecznie zatrzymać wzrost kosztów produkcji. Stąd nasze bardzo mocne zabiegi u Ministra Rolnictwa, a także na poziomie europejskim. Ważne jest, by zamrozić koszty energii elektrycznej – która jest niezbędna chociażby do tego, aby obsłużyć chłodnie przechowujące owoce czy urządzenia do nawadniania. Walczymy też o rekompensaty dla tych, którzy ponoszą bardzo wysokie koszty przetrzymywania owoców i warzyw w chłodniach. Rezygnacja z przechowywania owoców na zimę pogłębi kryzys na rynku konsumentów – powiedział serwisowi eNewsroom Mirosław Maliszewski, Prezes Związku Sadowników Rzeczpospolitej Polskiej. – Ważna jest dostępność nawozów, szczególnie nawozów azotowych. Kolejny czynnik kosztotwórczy to siła robocza, która w ostatnim czasie bardzo mocno zdrożała. Jeśli chodzi o sprzedaż i generowanie popytu – kluczowe stało się szukanie alternatywnych miejsc sprzedaży wobec rynku wschodniego. To był nasz tradycyjny, największy rynek zbytu od kilkudziesięciu lat – tymczasem sprzedaż została brutalnie przerwana działaniami wojennymi i sankcjami. Utraciliśmy – w przypadku jabłek – rynek ponad jednego miliona ton. Oczywiście podejmujemy szereg działań w wielu innych krajach świata – w tym w Afryce Północnej, na Bliskim lub Dalekim Wschodzie. Niestety, te rynki razem wzięte są w stanie zastąpić rynek rosyjski w nie więcej niż 20%, więc mamy ogromny nadmiar produkcji. Jest to wykorzystywane chociażby przez sieci handlowe czy przez przemysł przetwórczy, który nie wiedzieć czemu zaniża ceny skupu. Wiele gospodarstw, zwłaszcza tych trochę słabiej produkujących bądź produkujących niewłaściwe gatunki i odmiany, może pogłębić swoje problemy. Wówczas będą zmuszeni wycofać się z produkcji ogrodniczej, rolniczej – albo wręcz zbankrutować. I to jest bardzo niepokojące zjawisko – wielu młodych ludzi, którzy do tej pory wzięli pomoc unijną, zainwestowali w swoje gospodarstwa, przejęli te gospodarstwa – co dzisiaj nie jest takie proste – podjęli tę strategiczną dla siebie decyzję, stoi przed dylematem – czy podjąć inną pracę, a tę zostawić, czy próbować się dalej męczyć – analizuje Maliszewski.

źródło: enewsroom.pl

Powiązane artykuły

X