Mniej produkuj, więcej handluj

Przeczytałem artykuł o problemach ekologicznego sadownika, który kilka dni temu ukazał się na portalu ("Jabłka stoją w skrzyniach i czekają") i jestem porażony. Faktycznie, wszystko co mówi sadownik, a nawet to co pada w komentarzach, to prawda. W Polsce nie istnieje praktycznie rynek żywności ekologicznej, jesteśmy ubogim społeczeństwem, które raczej szuka produktów tanich niż dobrych. Dlatego do nas jedzie krem czekoladowy na oleju palmowym, chociaż ta sama marka do Niemiec wysyła już na droższych zamiennikach. Nie ma też rozwiniętego ekologicznego przetwórstwa, to prawda, z tych samych powodów, co nie ma rynku ekologicznego produktów świeżych.

Słusznie prawi sadownik z artykułu, że rynki hurtowe nie mają oferty dla tego reżimu produkcji, ale niby dlaczego miałyby mieć? Nie ma na ten towar wielkiego popytu, więc po co budować dedykowane dla niego hale czy alejki? To wszystko prawda, tylko mam jedno pytanie: jaki jest sens pakować się w produkcję, dla której ciężko jest znaleźć zbyt? Co kierowało tym sadownikiem, że zaczął produkcję owoców ekologicznych? Jak sam podkreśla, udaje mu się sprzedawać coś na jarmarkach i targach. No to super! Produkcja na rynek detaliczny jest naprawdę pewną alternatywą dla sadów wielkotowarowych, nie tylko ekologicznych, ale też konwencjonalnych. Mały wolument jest rekompensowany przez wysokie marże, a i niewielki areał można dość dobrze dopieścić samemu czy z rodziną. Zresztą ten wywiad obrazuje dość dobrze ogólną mentalność polskiego sadownika, który generalnie nie ma pomysłu na sprzedaż swojej produkcji. U nas najpierw się sadzi, a dopiero potem szuka klienta. Zapewne wielu z Państwa widziało te internetowe dyskusje o tym jakie odmiany sadzić. Jednak nikt nawet nie zająknie się na temat tego, że sadzić trzeba coś, na co masz zbyt. Padają argumenty o plenności, trudnościach agrotechnicznych i cenie owoców. Kiedyś, w rozmowie z prezesem jednej grupy, usłyszałem, że on nie będzie już sadził Gali i Red Deliciousa a raczej Red Jonaprince'a i Szampiona, bo to zrobi tanio i z powodzeniem sprzeda na markety, które kupują dość dużo i bardzo regularnie. To była odpowiedź godna przedsiębiorcy. Nie rozpytywanie innych o opinię, ale chłodna analiza własnego modelu sprzedaży i określenie jego mocnych i słabych stron.

Niestety, polski sadownik nie myśli o sprzedaży, ale o produkcji. Na własne życzenie producenci dystansują się od rynku, od nabywców, nie chcą brać na siebie ciężaru handlu, choć jednocześnie zarzucają pośrednikom zachłanność w marżach. Nikt nie myśli o tym co i dla kogo ma produkować, a potem płacz, że "takie ładne" owoce lądują na przetwórni. To nie jest problem z wczoraj, to nie jest kwestia załamania popytu po embargo (to było już 8 lat temu!), to jest kwestia mentalności, której nie możemy przełamać od wielu lat. Uparcie produkujemy owoce, na które nie mamy zbytu, nawet pomysłu na ich sprzedaż, a potem dziwimy się, że jest źle, że jabłka stoją w skrzyniach i nikt ich nie chce. Ludzie spoza branży łapią się za głowę i dziwią jak my tak funkcjonujemy. Kiedy do nas dotrze, że najpierw trzeba sobie znaleźć rynek zbytu, a dopiero potem produkować?

Powiązane artykuły

Burgred, czyli Evelina bez licencji w szkółce Bielak

Sad to fabryka

Co wy robicie?

Sadownicy polują

X