Najlepszy handel jest Red Cap'em
Polecane

Najlepszy handel jest Red Cap'em

Ten sezon chyba należy do Red Capa, w ogóle do grupy Red Deliciousa, z której Red Cap aktualnie wybija się na czołową mutację. Osobiście mnie to nawet cieszy, bo od lat powtarzam, że jeśli chcemy eksportować jabłka i podbijać świat, to nalezy sadzić to, co świat zna i akceptuje. W światowym handlu, od końca XIX wieku, liczą się: Red Delicious, Golden Delicious, Fuji i Granny Smith oraz Gala, której znaczenie w handlu światowym rośnie od lat 70-tych.

Ta grupa odmian jest przedmiotem światowego obrotu jabłkami i my musimy światu właśnie te odmiany oferować. Jasne, weszły zupełnie nowe odmiany, często licencyjne, każdy na rynku próbuje się czymś wyróźnić i w USA czy Nowej Zelandii, udział "wielkiej piątki" sukcesywnie maleje. Tylko musimy mieć świadomość, że wprowadzenie nowej odmian albo chociaż brandu na rynek, to gigantyczne koszty i lata pracy, na co chyba jeszcze nie jesteśmy gotowi jako branża.

Dlatego z pewnym przerażeniem patrzę na kolejne wymysły polskich szkółkarzy, którzy próbują na rynku lokować efekty swoich krzyżówek. Wcale nie twierdzę, że te nowe odmiany są złe, tylko po prostu nie rozumiem powodu, dla którego sadownicy mieliby je sadzić? To, dlaczego szkółkarze je wymyślają i produkują jest zupełnie jasne, tylko po co to sadzić w sadach towarowych? Mi taka Muna nawet smakuje, estetycznie też to źle nie wygląda, tylko Muny nikt nie poszukuje na rynku i trzeba ją sprzedawać za Red Jonaprince'a. To dlaczego nie wsadzić od razu Red Jonaprince'a? Już widzę reklamy kolejnych nowości odmianowych w internecie i wiem, że ktoś to kupi, bo szkółkarze go do tego namówią. Sadownicy dają się nabierać na te polecajki, bo są oderwani od prawdziwego rynku jabłek. Gdyby tak jeden czy drugi producent porozmawiał z importerem z Indii czy Egiptu i zapytał go co sadzić, to nigdy by pod Munę czy nową krzyżówkę Ligola nie sięgnął, bo to nie ma sensu.

Już i tak mamy w kraju mix odmianowy, który wyraźnie wyróżnia nas spośrób innych rynków. W ubiegłym roku opisywałem gospodarstwo z Brazylii, które produkuje 50 tysięcy ton jabłek, z czego 70% to Gala, 25% Fuji a reszta to odmiany licencyjne. U nas, w przeciętnym gospodarstwie, znajdziemy więcej odmian niż w całej Turcji czy właśnie Brazylii. Nie mogliśmy przekonać świata nawet do czerwonej mutacji Ligola, która to odmiana miała rewelacyjne wyniki w badaniach smaku  u konsumentów, a będziemy próbowali przekonać społeczeństwo Egiptu czy Jordanii, do zajadania się krzyżówką Ligola i Elstara? Dość często są te pytania "co sadzić?" i różne odpowiedzi padają, wraz z asumptem do dyskusji nad walorami produkcyjnymi takiej bądź innej odmiany. Tylko już prof. Pieniążek mówił, że "nim wsadzisz sad, to najpierw sprzedaj jabłka", bo sedno sadownictwa to sprzedaż a nie produkcja. Nie ma sensu więc pytać sąsiadów i kolegów z branży "co sadzić?", tylko trzeba pytać klientów "co kupujesz?". A klienci kupują Galę, Goldena, Red Deliciousa, Fuji i Granny Smith. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: to nie znaczy, że nie można wsadzić czegoś innego, wszak niektórzy z nas dość dobrze zarabiaja np.: na Pinovie, Elstarze czy Boskoopie. Tylko to dużo płytszy rynek, nie te wolumeny. Ktoś powie, że Gala czy Red Delicious nie wszędzie się dobrze udadzą i będzie miał rację, tylko czy każdy kawałek Polski musi być zasadzony jabłoniami na eksport?

Nie przegap najnowszych wiadomości

icon googleObserwuj nas w Google News

Powiązane artykuły