Kto zje milion ton naszych jabłek?

Po dwóch sezonach z przymrozkami rośnie obawa, że ten sezon (o ile nie wydarzy się nic nadzwyczajnego) skończy się "klęską urodzaju", czyli powtórką z roku 2018. Możliwe, że przekroczymy barierę 5 mln ton, ceny przemysłu spadną niewiele ponad koszty zbioru a deser będzie ponownie oscylował wokół 40 groszy. O ile trzeba się oderwać od cen przemysłu i raz na zawsze przestać poświęcać mu uwagę, o tyle trzeba się poważnie zastanowić gdzie sprzedać te 2 mln ton jabłek deserowych?

Rynek krajowy wchłodnie najwyżej 800 tys ton, pozostanie ponad milion ton do rozdysponowania. W zasadzie nadchodzący sezon może być pewnym wyznacznikiem naszych inwestycji z ostatnich lat. Od czasów embarga polskie sadownictwo się zmienia. Z Ligolem, Szampionem i Idaredem odbiliśmy się jak od ściany od dalekich rynków. Tych wynalazków nikt nawet nie chciał tknąć, no może poza niektórymi klientami z Egiptu. Świat handluje tylko wielką piątką: Fuji, Grany Smith, Red Delicious, Golden Delicious i Gala. Przy tej ostatniej trzeba zaznaczyć, że chodzi o Royal, czyli paskowane mutacje tej odmiany, bo polska specjalność – Gala Must – budzi raczej zdziwienie na świecie, nież chęć jej kupienia (nota bene czy to nie była holenderska wrzutka na nasz rynek?). Dwa ostatnie lata dały nam trochę oddechu (jako branży, nie każdemu sadownikowi) – dzięki przymrozkom nawet Szampiony i Ligole sprzedawaliśmy w całkiem dobrych cenach. Inwestycje w nowe nasadzenia, głównie z grupy Gali oraz Red Deliciousa, mogą wreszcie wejść w owocowanie i możliwe, że za chwilę dadzą nam poważniejsze plony. Polska będzie już miała poważniejsze ilości odmian rozpoznawalnych w świecie do zaoferowania. Dzięki temu kolejny rok z rekordowymi plonami nie wymiecie z rynku tych, którzy zainwestowali w zmianę struktury nasadzeń. Będą mogli oni wyjść poza nasze polskie piekiełko i zaoferować światu coś, czym świat będzie zainteresowany. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że ci którzy pozostali przy Szampionach i Ligolach będą płakać przy pierwszym roku pełnego owocowania. Chyba, że poszli również w bezpośrednie dostawy do marketów, eliminując pośredników, dzięki czemu zyski ze sprzedaży będą na całkiem przyzwoitym poziomie. Daj Boże aby jak najwięcej było takich sadowników, bo wszyscy przecież Gali produkować nie będziemy. Ostatnio markety rzuciły się na współpracę bezpośrednio z sadownikami. Ciekawe czy to moda? Chęć podreperowania PR-u nadszarpniętego przez kary UOKiK-u? Czy może zorientowali się ile płacą białoruskie sieci, które kupują im jabłka prosto od sadowników? Nie wiem ale dobrze to rokuje. Poza tym już przetestowali na owocach miękkich, że bezpośrednia współpraca z producentami jest możliwa i obopólnie korzystna.

Jednak najważniejsze pytanie brzmi: gdzie my będziemy eksportowali tę Galę czy Red Deliciousa albo i Red Jonaprince'a? Naturalnym rynkiem dla Polski jest UE. Wszak jesteśmy w unii celnej z tymi krajami a Niemcy – nasz sąsiad – to największy europejski importer jabłek. Na pierwszy rzut oka to idealny nabywca. Nawet lubi Szampiona i Galę Must. Jednak jakoś tak się stało, że mało do nich eksportujemy. Dlaczego? Nie da się ukryć, że powodem jest niechęć do naszej produkcji. Po prostu Niemcy nie chcą polskich jabłek. Owoce do przetwórstwa chętnie wezmą, przerobią na NFC czy kostkę ale to tylko dlatego, że nikt wtedy nie będzie wiedział, że to było polskie jabłko. Jabłka deserowego nie chcą, mimo że kupują z całej Europy a na wiosnę również z Chile, RPA czy Nowej Zelandii. Tajemnicą poliszynela jest, że do Niemiec jadą całe tiry polskiej Pinovy czy Elstara, jednak na miejscu dostają etykiety tamtejszych rolników i już jako niemieckie trafiają do sklepów. Marne emerytury niemieckich rolników oraz bardzo niskie ceny płacone przez niemieckie sortownie skłaniają do takich praktyk i dorabiania sobie przez niemieckich producentów. Oczywiście to margines całości polskiego handlu ale pozwala naprawdę zrozumieć nieekonomiczne motywacje tamtejszego rynku wobec naszego jabłka. Holandia za to chętnie kupi polskie Jonagoldy, zapłaci dobrze, nie ma uprzedzeń ale pod warunkiem, że swoich nie będzie miała. W tym roku nie miała i wielu sadowników sprzedało zyskownie tam jabłka. Jednak jeśli minionej jesieni nie było tam Jonagoldów, to nadchodzącej będzie oporowo. Taka specyfika tej odmiany.

Skandynawia, Europa Środkowa czy Hiszpania to malutkie rynki, często żądające wysublimowanego towaru (jak Szwecja). Nie mogą one stanowić poważnego celu dla polskiej produkcji. Choć oczywiście każdy klient jest cenny i o każdego należy zabiegać i dbać.

Skoro Europa nie chce bądź nie może kupić tego 1 mln ton naszych jabłek deserowych, to kto je kupi? Co my z nimi zrobimy? Chyba w szybkie zniesienie embarga nie wierzymy?

Patrząc na to co sadzą polscy sadownicy, to dość wyraźnie widać, że wierzymy w dalekie rynki, wierzymy w Afrykę i Azję. Z Egiptem, Indiami, Wietnamem czy Dubajem na czele. Egipt ma kupić trochę tańsze owoce, Indie nie gardzą Red Jonaprincem a Dubaj jest oknem na inne rynki arabskie. Osobiście uważam, że jest to słuszna koncepcja. W zasadzie jedyna. My nie mamy alternatywy dla tych rynków. Kraje Azji czy Afryki szybko się bogacą, mają potężną demografię i niewielką własną produkcję. Przeszkód, aby tam dotrzeć z owocami, jest co niemiara: od konkurencji z Turcji czy Iranu, po brak portów na południu. Jednak innego wyjścia niż podbój tych rynków nie ma. Jakże teraz szkoda, że nie mamy choćby małego portu nad Morzem Czarnym, przydałby się niezmiernie. Nie mamy wyjścia, no chyba, że uznamy iż polskie sadownictwo się skończyło, skupiamy się na dostawach do przetwórni i naszych marketów a resztki poślemy po Czechach czy Rumunii. Po ilości nasadzeń Gali widać jednak, że nasi sadownicy zacisnęli zęby i nie mają zamiaru sie poddać. Chcą podjąć rękawicę i choćby spróbować coś wysałać w daleki świat. Będą to bolesne próby, bo oprócz produkowania odpowiedniej odmiany, trzeba też produkować odpowiednią jakość. Łatwiej jest wyrwać Szampiona i wsadzić Galę niż nauczyć sie produkować tę Galę w odpowiednim rozmiarze, odpowiednim kolorze i odpowiedniej jędrności.

Na tych rynkach docelowych polskie owoce będą się mierzyć nie tylko z konkurencją z Turcji czy Iranu ale też z USA, Nowej Zelandii czy Chile. Aby sprawdzić co i jak oni produkują wystarczy obejrzeć choćby kilka filmików na YouTube albo poczytać internetowe serwisy doradcze z USA. Trzy ostatnie wymienione kraje to światowi liderzy jakości. Tam na drzewach (a potem w kartonach) mają naprawdę idealne owoce, jabłko w jabłko. U nas więcej niż połowa sadowników produkujących deser nie przerzedza owoców! Tam przerzedzają kilkukrotnie. Do tego może nas zaskoczyć polityka. Doświadczenia z Rosją pokazują, że jabłko to bardzo "polityczny" owoc. Na naszych oczach zmienia się świat w jakim żyjemy. Idylla "końca historii", jak to ładnie nazwał Fukuyama, odchodzi w zapomnienie. Wraca stary, dobry koncert mocarstw wraz ze wszyskimi tego następstwami dla biznesu a skoro jabłko to tak bardzo "polityczny" owoc, to można się spodziewać, że i ono doświadczy blokad czy embarga na różnych rynkach. To ryzyko będzie już na stałe wpisane w nasz handel i trzeba się będzie nauczyć z nim żyć.

Podsumowując: sadownicy słusznie podjęli decyzję, że rynkami docelowymi dla naszej produkcji będą rynki Azj i Afryki, Europa nie lubi i nie chce naszej produkcji. Jednak ogrom pracy jaki jeszcze jest przed nami może przerosnąć wielu z nas ale nawet najdłuższa droga zaczyna się od zrobienia pierwszego kroku.

Powiązane artykuły