Nie wszyscy boją się nadprodukcji

Wczoraj miałem okazję przejechać przez znaczą większość zagłębia sadowniczego od Warki do Białej Rawskiej. W oczy rzuciło mi się jedno: sadzi się drzewka. Co najważniejsze: większość tych kwater gdzie te drzewka były sadzone, to super profesjonalne kwatery, gdzie już stały słupy od konstrukcji wspierających, rozłożone już były linie kroplujące i drzewka też miały po 2 metry a więc były to raczej inwestycje w bogatszych niż biedniejszych gospodarstwach. Czyżby polscy sadownicy nie obawiali się widma nadprodukcji? Przecież posiadacze sieci przeciwgradowych to raczej elita sadowników, ludzie najbogatsi, najlepiej w rynku zorientowani. Nie boją się dalej sadzić jabłoni?

Ponieważ ciężarówką jedzie się dość wolno a i droga była długa, to sporo myśląc o tym doszedłem do takiej właśnie konstatacji, że ta elita właśnie się nie boi. Oni sobie poradzą. Argument ku temu usłyszałem w rozmowie z przedstawicielem jednej z firm spod Grójca, który już któryś raz do mnie dzwoni z ofertą zakupu owoców, lecz ciągle proponuje cenę 15-25 groszy niższą niż uzyskuję obecnie. Po kolejnej takiej rozmowie usłyszałem "tam u was to nic nie da się kupić, bo macie za wysokie ceny". Dalej przytoczył przykład kilku telefonów jakie wykonał do sadowników z Franopola (wioska pod Białą Rawską), gdzie ciągle słyszał, że oni właśnie sprzedają swoje jabłka i z chęcią by mu też coś zaoferowali, lecz jego oferta jest zbyt niska. Akurat firma ta poszukiwała Idareda w rozmiarze +70 mm i oferowała za owoce cenę 1 zł netto, w czym miała się zawierać też robocizna. Podobno pod Grójcem udaje im sie kupić owoce w takich wartościach lecz już na zachód od Białej Rawskiej nie bardzo, bo – jak ujął to jej przedstawiciel – "tam są większe gospodarstwa i lepiej handlują".

Łącząc te kropki dochodzę do wniosku, że obaw o przyszłość nie mają właśnie duże, profesjonalne podmioty o wyrobionych kanałach zbytu. Właśnie najbardziej zagrożone są mniejsze gospodarstwa, gdzie brakuje kapitału na inwestycje i zdobycie dobrych odbiorców. Oczywiście piękno wolnego rynku polega na tym, że nie wiemy czy właściwie decydują ci duzi sadząc dalej, czy też ci mniejsi ograniczając inwestycje. To się okaże za chwilę (w sadownictwie to 3-5 lat). Jednak nie da się ukryć, że nasza sadownicza brać się dzieli na tych, którzy dalej sadzą, inwestują w sprzęt i infrastrukturę, i na tych, którzy już nie widzą takiego sensu. W tej drugiej grupie są zarówno ci, którzy mają pieniądze z jabłek ale już nie chcą inwestować w sady, wolą gdzie indziej ale też i tacy, których na inwestycje już nie stać, ostatnie sezony nie pozwoliły im na zdromadzenie kapitału na inwestycje. Osobiście sądze, że taki podział jest właściwy. Choć – czysto po ludzku – szkoda mi ludzi, którzy by chcieli sadzić ale nie mają na to pieniędzy, to jednak dobrze, że krystalizuje się grupa sadowników, którzy przejdą do kolejnego etapu. Wierzę, że im się uda i ponownie uczynią oni naszą branżę dochodową. Swoją drogą, jeśli rzeczywiście na Franopolu tak dobrze handlują jabłkami, to chapeau bas i może warto by było przyjrzeć się źródłom ich sukcesu? Oczywiście domyślam się, że sukces jest również udziałem tych sadowników z pod Warki czy Grójca, których to widziałem przy sadzeniu podczas swojej podróży. Nie tylko sadownikom z Franopola jest on dany.

Pisząc o tym kolejnym etapie, do którego przejdzie już tylko część naszej branży, nieodzownie trzeba stwierdzić, że pewna część do niego nie przejdzie. Ona wypadnie z rynku. Nie będzie to proces łatwy ani szybki. Już go obserwujemy, już widzimy opuszczone, zaniedbane sady (na Franopolu nie, bardziej pod Grójcem ;) ), widzimy sady, w których jeszcze jakieś prace są prowadzone, lecz są to już starsze i nierokujące nasadzenia. Z naszej branży będą powoli ale systematycznie wykruszali się też seniorzy, którzy nie mają następstwa, gdzie dzieci znalazły lepszy, łatwiejszy bądź bardziej dochodowy model życia. To będzie proces powolny, lecz nieuchronny i szeroki. Bardziej będzie przypominał nie rwący, górski potok lecz powolny wypływ zastygającej lawy z wulkany – powolny, lecz nieuchronny, przy tym nie do zatrzymania, pochłaniający w sobie wszystko co zastanie na swojej drodze: przechowalnie, maszyny, sady i ludzi.

Powiązane artykuły

A kto umarł, ten nie żyje

Pogoda – wróg czy sprzymierzeniec sadowników?

Sadowniczy patriotyzm