Ukraińskie Ministerstwo Rolnictwa chce zaprzestać dotowania nowych nasadzeń sadów jabłoniowych. Sadownicy i organizacje branżowe biją na alarm – chcą dopłat. Biorąc pod uwagę doświadczenia polskich sadowników,  może warto byłoby zrezygnować z dotacji? Cóż, ilu uczestników dyskusji, tyle opinii.

Ukraińscy sadownicy, stowarzyszenia zawodowe i organizacje branżowe zwróciły się do Rady Najwyższej Ukrainy z prośbą o uwzględnienie w budżecie na 2020 r. programu wsparcia przez państwo zakładania nowych sadów i winnic. Gabinet Ministrów przedłożył bowiem ostatnio Radzie Najwyższej projekt budżetu na przyszły rok bez dotacji na nowe sady. Również w ubiegłym tygodniu na pierwszym oficjalnym posiedzeniu wiceminister rozwoju gospodarczego, handlu i rolnictwa Ukrainy Taras Wysocki powiedział o potrzebie wyeliminowania wsparcia ogrodnictwa przez państwo. Sadownicy są rzecz jasna przeciwni.

Ukraińscy sadownicy chcą być szybko i wydajnie konkurencyjni. Za naszą wschodnią granicą sadownictwo dopiero się rozwija, a konkurencja z każdej strony jest niemała. Fundusze z Unii Europejskiej i programy wspierające rozwój sadownictwa w Rosji działają już od wielu lat. Dotacje pozwalają w stosunkowo łatwy sposób rozwinąć produkcję. Niestety, to co początkowo daje szansę na rozwój, w dalszej perspektywie może mieć negatywne konsekwencje, co polscy sadownicy odczuwają na własnej skórze.

Z jednej strony ukraińskich sadowników można zrozumieć – bez państwowych funduszy zapewne niewielka część producentów będzie miała szansę dogonić konkurencje, która rozwija produkcję od lat.

 Z drugiej jednak strony wydaje się, że w perspektywie czasowej dotowane rolnictwo jest nieefektywne i nie wydajne. Z dotacjami decyzje o nasadzeniach podejmowane są w zdecydowanie mniej przemyślany sposób. Pewność co do zbytu i opłacalność produkcji, niestety, schodzą na dalszy plan, gdy inwestycja przychodzi łatwo. Jeśli trzeba w całości wyłożyć pieniądze na inwestycję i zaryzykować powodzenie, biznes jest skrojony na miarę, przemyślany i dokładnie wykalkulowany. Upraszczając, między innymi dlatego banany z Kostaryki po 7000 milach rejsu mogą być tańsze od naszych jabłek.

Przeciwnicy dotacji przywołują przykład Nowej Zelandii. Tam sadownictwo „działa”, bo wszystko jest odpowiednio wykalkulowane dla zysku. Cała branża jest nastawiona na podbój i zysk, bez rządowych dopłat. To oni szukają nowych odmian dedykowanych na konkretne rynki. Na stronach tamtejszych producentów można przeczytać o programach poszukujących nowoczesnych, słodkich odmian na rynek Azjatycki, a także odmian, które podołają zmianom klimatu. Tam nie ma przypadkowości i pochopnych decyzji podyktowanych dopłatami.

Niestety, odcięcie funduszy i wszelkiego rodzaju dopłat dla wielu gospodarstw byłoby terapią szokową. Bo niestety, inwestycje można było czynić łatwo, jednak najczęściej szło to w parze z kredytami. Skoro nam szło łatwo, to tak samo było w innych gospodarstwach. A to co jest masowe, nigdy nie jest opłacalne, a kredyty nadal trzeba spłacać.

Ewentualnie można podejść do tematu z pozycji stricte wolnorynkowej. Wówczas to rynek brutalnie zweryfikuje kto przetrwa, a kto nie. Ci, którzy sobie jakoś radzą w obecnej sytuacji wejdą w lukę, jaka powstanie po wypadnięciu z niego gospodarstw, które sobie nie poradzą. Terapia wstrząsowa też ma swoje plusy i może być nawet lepsza. Czytaj więcej ---> Za i przeciw – dyskusja wokół dotacji

Najnowsze komentarze

Ostatnie ogłoszenia