Rosnące wymagania sieci, ograniczenia pozostałości, kontrole polskich jabłek, rozpychająca się konkurencja, przekroczenia norm, nadprodukcja, konieczność tworzenia marek własnych – jak w natłoku tych haseł ma odnaleźć się indywidualny sadownik? Czy jest on w stanie samodzielnie sprostać tym wymaganiom? Jak ma do tego podejść i przede wszystkim, czy może liczyć na premię za wyprodukowanie jabłek o wyższej jakości? O problemach, które piętrzą się dziś przed polskim sadownikiem rozmawialiśmy z doradcą sadowniczym, Piotrem Zielińskim.

 

Piotr Zieliński: Przede wszystkim, w kontekście tego, o czym mówi się teraz w branży, koniecznym jest usystematyzowanie rodzajów produkcji!

Możemy wydzielić jej trzy tory: konwencjonalną produkcję bez pozostałości, konwencjonalną produkcję z pozostałościami na poziomie dopuszczalnych norm określanych przez sieci (sieci ustalają systemy jakości, do których można się dopasować) oraz produkcję ekologiczną.

Przy czym, co niezmiernie ważne – produkcja konwencjonalna powinna iść swoim torem, a produkcja ekologiczna swoim. Nawet jeśli w produkcji konwencjonalnej będziemy skupiać się na ograniczeniu pozostałości, nawet do zera, to i tak jest to inny produkt niż ekologiczny! System przewiduje inny nadzór, inną ochronę, inne jednostki i  inne środki do ochrony. Nie mieszajmy tych pojęć!

Warto jednak zauważyć, ze obecnie, pod względem technologicznym jesteśmy w stanie spełnić każdy rodzaj wymagań stawianych przez sieci. Nawet w aspekcie ograniczenia pozostałości do zera, czego wynikiem jest jakość premium.

 

Redakcja: Czy na naszych terenach (mowa o grójecko-wareckim, rawskim), biorąc pod uwagę zagęszczenie sadów, możemy w ogóle mówić o braku pozostałości?

Piotr Zieliński: To jest właśnie kluczowa kwestia, która tłumaczy, dlaczego nie powinniśmy mieszać produkcji ekologicznej z ograniczeniem pozostałości do zera! Niestety, w związku z bliskim sąsiedztwem, istnieje ryzyko naniesienia niechcianej substancji z sąsiedniego sadu, co jest absolutnie niedopuszczalne w produkcji ekologicznej. Jeżeli zdarzy się „nanios” od sąsiada, w przypadku ekologii certyfikat jest od razu zabierany, niezależnie od tego czy będzie to wina sadownika czy nie. Natomiast w drugim przypadku, nawet jeśli pojawi się jedna pozostałość, to produkt nadal będzie można bardzo dobrze sprzedać na rynku. W rejonie stricte sadowniczym, o dużym zagęszczeniu sadów prowadzonych systemem konwencjonalnym trzeba być bardzo ostrożnym. Lepiej skupić się na jednej czy dwóch pozostałościach, wyprodukować towar odpowiedniej jakości, obrandować, niż oszukiwać się, że wszystko i wszędzie się uda.

 

Redakcja: Przyjmijmy, że wyprodukowaliśmy towar wysokiej jakości z czterema, dwiema pozostałościami. Gdzie mamy go sprzedać? Bo producent, który podjął trud, chciałby zostać nagrodzony premią finansowa za towar lepszej klasy.

Piotr Zieliński: Zacznijmy od tego, że chociaż niektórzy nie chcą w to wierzyć, bardzo szybko może się okazać, że takie jabłka, jakie produkujemy dziś,  trudno będzie sprzedać za godziwą cenę…

Zanim producent przejdzie na produkcję czy to bez pozostałości, czy ograniczającą ich poziom, powinien bezwzględnie ustalić możliwe kanały zbytu. Nic nie można robić w ciemno!

Oczywiście, zgadzam się. Produkcja towaru o podwyższonych normach jakościowych musi być premiowana! I jest. Ale producent musi się tym zainteresować, wyrazić chęć podjęcia się takiej produkcji i wynegocjować odpowiednie warunki. Badajmy rynek, są  na nim podmioty, które negocjują ceny!

Producenci powinni wziąć odpowiedzialność za swoją produkcję i bez względu na to czy jest się zrzeszonym w grupie, czy sprzedającym samodzielnie, trzeba zacząć o tym rozmawiać.

W najgorszym przypadku,  jeśli przez cały sezon nie znajdzie producent odbiorcy z którym umówimy się zawczasu się na sprzedaż towaru, to jest większa szansa, że na jesieni czy zimą sprzeda ten towar w lepszej cenie niż konwencję, z którą w ogóle może być problem.

Nie przełamiemy niemocy, dopóki nie zaczniemy sami czegoś robić. Jeśli nie „zrobimy” jakości, to czeka nas bankructwo. Według mnie, produkcja powinna odbywać się we współpracy z sieciami lub firmami, które zainteresowane są określoną jakością towaru. Nie powinno się produkować w ciemno, tylko na postawie konkretnych wymagań konkretnego odbiorcy. Powinno się to odbywać na zasadzie marek.

 

Redakcja: Obawiam się, że producent w pojedynkę nie będzie w stanie stworzyć własnej marki…

Piotr Zieliński: Owszem, sam producent tego nie zrobi. Powinno się  tym zacząć rozmawiać w grupach. Nie oszukujmy się, każdy ma pewne kontakty handlowe.  Jeśli nie grupa producencka, to firma handlowa czy prywatny pośrednik. Mówmy, że chcemy się tego podjąć, szukajmy kontaktu.

 

Redakcja: Według Pana wystarczy poprawa jakości, żeby moc wejść z towarem na zachodnich rynkach. A co z nacjonalizmem i polityką?

Piotr Zieliński: Uważam, że w handlu międzynarodowym kierowanym przez korporacje liczą się przede wszystkim wyniki finansowe. Współpracuje z sieciami już kilka lat i wiem, że polskie owoce w dobrej jakości mają szansę zaistnieć chociażby na zachodnich rynkach. Nie twierdze, że to będzie łatwe. Ale dobry produkt to jedyna szansa dla naszej produkcji, jedyna szansa na wygranie z konkurencją. Następne kilka lat będzie walką o przetrwanie. Producenci muszą zrozumieć, że od wygranej dzieli nas jakość. Mając jakość zwyciężymy, bo mamy akceptowalne koszty produkcji!

 

Redakcja:  Załóżmy, że spełnimy wszystkie wymagania jakościowe. Czy to da nam gwarancję na wejście do zachodnich supermarketów?

Piotr Zieliński: Nie ma prostych rozwiązań i pewnych odpowiedzi. Żaden produkt się nie sprzeda, jeśli rynek nie będzie o tym wiedział. Potrzebna jest promocja, owszem! W tym momencie nie ma promocji, bo nie ma czego promować.

Ale my nie mamy na co już czekać. Wymagany produkt musi być produkowany już w tym momencie i niestety sprzedaż, i promocja muszą  być robione jednocześnie.  

Nie przełamiemy niemocy, dopóki nie zaczniemy czegoś robić sami.