Takich czereśni nikt nie kupi
Polecane

Takich czereśni nikt nie kupi

W sobotnie, późne popołudnie los rzucił mnie do Żyrardowa, miasteczka na Mazowszu, które graniczy z silnymi regionami sadowniczymi. Na wschód znajduje się Grójecczyzna, na północ Sochaczew, a trochę na zachód Skierniewice. Każdy z tych regionów jest w stanie codziennie dostarczyć dorodne czereśnie do żyrardowskich sklepów. Można sobie wyobrazić auta z dostawami podjeżdżające pod sklep każdego dnia.

Tymczasem klienci, mając wokół siebie sady, raczeni są takimi „luksusami”:

1000041409.jpg

 

1000041410.jpg

Dostawca pochodzi spod Grójca. To duży pośrednik, współpracujący z tą siecią od dawna i w wielu segmentach owocowej branży. Nie twierdzę, że to właśnie ta firma dostarczyła ten szrot do sklepu, bo raczej niemożliwe, by coś takiego przeszło jakąkolwiek kontrolę na wejściu do magazynu. Uszkodzenia prawdopodobnie pochodzą od niskich temperatur. Zresztą nieważne, jakie jest źródło takiego wyglądu owoców. Ważne, że coś takiego po prostu nie powinno nigdy trafić na półki.

Jak klient ma w ogóle sięgnąć po tak paskudne owoce? Nie był to jeden karton. Każdy wyglądał tak samo. Klienci szperali, grzebali w pudełkach, przekładali opakowania, ale ładnych owoców nikt nie znalazł. Ja również nie. Stałem tam dobre kilkanaście minut i było wyraźnie widać, że konsumenci chcieli kupić czereśnie. Rozglądali się za nimi, tylko nie mieli czego wziąć do ręki.

Mamy przecież sezon na te owoce. To świetny gatunek, będący zdrową i przyjemną przekąską, ale absolutnie nie w takim wydaniu. Czy naprawdę w tym Lidlu nie ma kierownika sklepu, który kazałby to zdjąć z wystawy? Przecież to antyreklama działu owocowego w markecie.

Jeśli w szczycie sezonu czereśniowego oferujemy coś takiego, to naprawdę nie ma się co dziwić, że ludzie wolą kupić pomarańcze lub ananasy. Widoczne na zdjęciach uszkodzenia przypisuję jakiemuś magazynowi Lidla albo sklepowej chłodni. Źródłem problemu jest bardzo długi łańcuch logistyczny. Od sadu do półki sklepowej.

Gdyby czereśnie były dostarczane z pobliskiego zagłębia pod Sochaczewem, nie doszłoby do takich uszkodzeń. Nawet gdyby coś się wydarzyło już w chłodni sklepowej, sadownik mógłby szybko dowieźć nowe owoce i uratować dobre imię Lidla. Jednak Lidl nie współpracuje z sadownikami. Tylko z pośrednikami, którzy dostarczają owoce do magazynów centralnych.

Towar więc jedzie najpierw z sadu do firmy handlowej. Tam jest przeładowywany na auto jadące do magazynu regionalnego Lidla, a potem kolejne auto wiezie go do sklepu. Im dłuższy łańcuch logistyczny, tym większa szansa, że coś się po drodze wykrzaczy. No i właśnie się wykrzaczyło.

Przy okazji, zwróćcie Państwo uwagę, jak wymęczone są ogonki tych owoców. Od tego towaru aż biją te godziny, które minęły od zbioru w sadzie. A przecież dla tej grupy owoców świeżość jest naprawdę superważna.

Naprawdę nie da się zorganizować dostaw czereśni tak, aby do sklepów trafiał produkt w stanie niepogorszonym, w stosunku do tego, co wyjeżdża z sadu? Wszyscy narzekamy na spadające spożycie krajowych owoców. Ale jak ono ma rosnąć, skoro w szczycie sezonu, w mieście otoczonym zagłębiami produkcji sadowniczej, nie da się konsumentom dostarczyć świeżych i apetycznych czereśni?

Komentarze  

-4 #1 Doehler 2025-07-15 07:19
Kupimy każdą ilość wiśni

Tel.: +48 (48) 368 9800
E-mail: mailbox.pl@doehler.com
Cytować

Nie przegap najnowszych wiadomości

icon googleObserwuj nas w Google News

Powiązane artykuły