Holenderski scenariusz w polskich sadach – czy poradzimy sobie z kwieciakiem?
Polecane

Holenderski scenariusz w polskich sadach – czy poradzimy sobie z kwieciakiem?

Zaczęliśmy wiosnę w sadownictwie i już pierwsze zabiegi w jabłoniach mamy za sobą. Kiedyś, przed dekadą, standardem było, że do pierwszych zabiegów miedzią dodawaliśmy pyretroid na kwieciaka jabłkowca. Przez ostatnie lata zabieg ten był jednak rzadkością. Pyretroidy eliminowaliśmy ze swoich sadów jako preparaty o zbyt szerokim spektrum działania. Kwieciak też nie był jednym z groźniejszych szkodników i nie myśleliśmy intensywnie o zastąpieniu pyretroidów innym produktem. Chyba jednak powinniśmy poświęcić mu więcej uwagi.

Lekcją niech będzie los sadów w Beneluksie, gdzie od kilku lat kwieciak jest poważnym przeciwnikiem. Zaczęło się jak u nas – ekologizacja, precyzyjne preparaty o wąskim spektrum działania, a nagle okazało się, że banalny przeciwnik, jakim jest kwieciak, urósł do dużego zagrożenia agrotechnicznego. Dziś używa się tam ogromnych ilości acetamiprydu do jego zwalczania, wykonuje się kilka zabiegów i zawyża dawki, aby tylko opanować populację tego chrząszcza.

Czy jest to legalne działanie? Nie, wszyscy mają tego świadomość, nikt tego głośno nie mówi, choć każdy wie. Po prostu nie mają innego wyjścia. Czy takie nadużywanie acetamiprydu niesie negatywne konsekwencje? Oczywiście, dla środowiska i dla sadownika. Tylko że nikt nie widzi innego wyjścia z tej sytuacji.

To samo dotyczy innych szkodników, nie tylko na Zachodzie, ale i w Polsce. W różnych gatunkach sadowniczych i jagodowych pojawiają się problemy ze szkodnikami, które kiedyś były ciekawostkami. Zwalczane przy okazji, dzięki szerokiemu spektrum działania niektórych środków, teraz znalazły dla siebie pole do popisu, ponieważ przeszliśmy na selektywne preparaty. Oczywiście nie zrobiliśmy tego z własnej woli, wymusiły to regulacje urzędowe.

Kwieciak i jego przypadek mogą być wstępem do tego, jakie problemy będą nas czekały dzięki trendowi w kierunku ekologizacji. Producenci środków ochrony roślin nie chcą inwestować w substancje, które oddziaływałyby tylko na kwieciaka (o ile to w ogóle możliwe), bo zagrożenie z jego strony jest zbyt małe, a nakłady mogą się nie zwrócić, w przeciwieństwie do owocówki czy nawet mszyc. Z drugiej strony, całkowite zaniechanie jego zwalczania powoduje gwałtowny wzrost populacji i skokowe zwiększenie zagrożenia.

Poza tym nie wiadomo, czy urzędnicy nie zabronią wkrótce kolejnych substancji, więc jakiekolwiek inwestycje nie mają sensu. Okazuje się, że w przypadku problemów wynikających z trendu ku ekologii, rozwiązaniem stają się środki najmniej ekologiczne – jak acetamipryd, który chyba jeszcze tylko nie ma rejestracji na dzikie zwierzęta w sadach. Ekologia w ten sposób zapętliła się i nie radzi sobie z problemem, który sama stworzyła.

Gdyby Holendrzy nic nie zmieniali i nadal opryskiwali jak 15 lat temu, mieszając wiosną miedź z pyretroidami, problemu kwieciaka by nie mieli i nie musieliby dziś stosować wielokrotnych, zawyżanych dawek acetamiprydu. W Polsce podobny problem wkrótce pojawi się w porzeczkach, gdzie również brakuje sensownej alternatywy dla wycofanego acetamiprydu. Plantatorzy rozglądają się więc za rozwiązaniami, które uratują plantacje przed zdewastowaniem przez przeziernika porzeczkowca.

Takim rozwiązaniem może być zastosowanie fosforoorganików, np. chlorpiryfosu. Czy będzie to legalne? Nie. Szkodliwe dla środowiska? Oczywiście! Dokładnie tak, jak w Holandii z acetamiprydem na kwieciaka. Nikt nie twierdzi, że powinniśmy przestać dbać o środowisko i pryskać czym popadnie, należy tylko zwrócić uwagę, że droga obrana przez UE i urzędników prowadzi do efektów odwrotnych niż nam przedstawiano.

No chyba że miała ona właśnie do tego doprowadzić, do ograniczenia możliwości legalnej ochrony plantacji, zmuszenia producentów do sięgania po środki z czarnego rynku i w efekcie do samonakręcającego się problemu.

Nie przegap najnowszych wiadomości

icon googleObserwuj nas w Google News

Powiązane artykuły