Hurra! Przymrozki!

Ostatnimi dniami Europę Zachodnią nawiedzają przymrozki oraz opady śniegu. Branżowe media prześcigają się w doniesieniach o tym jak katastrofalne skutki będzie to miało dla produkcji owoców. Czytając tylko nagłówki, można dojść do wniosku, że Europę Zachodnią czeka głód owoców i nasza branża będzie musiała wysyłać tam paczki z jabłkami, jako pomoc humanitarną. Nawet pod starymi artykułami o wielkości produkcji pojawiają się komentarze, wskazujące na obecne przymrozki, jago argument obalający zawarte tam tezy (artykuł pt. Kto zje milion ton naszych jabłek). Primo: jeszcze nie skończył się okres kwitnienia głównych gatunków sadowniczych na Zachodzie. Secundo: obecnie trwający sezon handlowy uczy nas, że deficyt jabłek na Zachodzie nie oznacza rewelacji cenowej w Polsce. Tertio: na obecnym etapie wegetacji nie da się ocenić strat w plonowaniu.

Jednak po kolei. Jeszcze nie skończył się okres kwitnienia jabłoni w sadach Europy Zachodniej, w niektórych krajach jeszcze się nie zaczął. Oczywiście mróz może zaszkodzić nawet pąkom, pewnie jakieś straty spowoduje, lecz wyciągania stąd wniosku, że będzie im brakowało jabłek jest zbyt daleko idące. Naprawdę. Tym bardziej, że w ubiegłym roku sady w Beneluksie czy Zachodnich Niemczech nie obrodziły obficie, więc potencjał plonotwórczy w tym roku drzewa mają u nich ogromny.

Poza tym, przekonaliśmy się, że braki u nich nie powodują ssania na nasz towar. Polacy produkują takie odmiany jak Ligol czy Szampion albo Gala Must. Jonagoldy pchaliśmy tam jesienią prosto z drzewa, ich ceny były super. Jednak Szampiona kupić nie chcieli i dalej nie chcą. To samo z Ligolem, o Idaredzie nawet nie wspomnę a Gloster to już w ogóle ma cenę niewiele wyższą od przemysłu. Konkludując – jeśli im zabraknie owoców, to ściągną najwyżej polskie Jonagoldy ponownie. Nie będą kupowali polskich Szampionów, do lutego pohandlują swoimi jabłkami a potem będą importowali z Nowej Zelandii czy Chile. Prędzej kupią Kanzi czy CosmicCrisp niż Idareda. My produkujemy coś, czego świat nie chce za bardzo. A przynajmniej nie bogate rynki zachodnie. Dziś Holendrzy kupują Ligola na obieranie, nie na deserówkę. Chętnie kupują, płacą tyle ile kosztuje deser w Polsce, ale tylko na obieranie. Na deser go nie chcą.

W większość głównych regionów upraw jabłoni w Europie jabłonie dopiero zaczynają bądź będą kwitły. Dla jabłoni wystarczy, aby 10% kwiatów zawiązało owoce, aby drzewo miało optymalne owocowanie. Przy potencjale z jakim wchodziły w ten sezon ich sady i przy obecnej fazie fenologicznej jabłoni, to wnioski o wielkich stratach tam są zbyt wczesne. Naprawdę.

Nie zrozumcie mnie Państwo źle. Sam jestem sadownikiem i chciałbym, aby na rynku było luźniej. Poza tym jako sadownik nie chcę, aby czynniki przypadkowe wpływały aż tak bardzo na rynek. Martwi mnie to, bo miałem nadzieję na pewną poprawę naszego sadowniczego losu przez eliminację przypadkowych producentów. Jeśli rzeczywiście ceny by podskoczyły z powodu deficytów jabłek na kontynencie, to przypadkowi producenci zostaną ponownie ocaleni albo wręcz dostaną skrzydeł, co dla dalszych losów branży jest raczej niekorzystne.

Powiązane artykuły

Dramatyczne położenie węgierskich sadowników

Niemcy martwią się o tegoroczne zbiory jabłek i wiśni